<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>blogksiazki.pl &#187; fragment</title>
	<atom:link href="http://blogksiazki.pl/tag/fragment/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://blogksiazki.pl</link>
	<description>nasz blog o książkach</description>
	<lastBuildDate>Thu, 29 Dec 2011 21:10:20 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Zwycięzca jest sam, Paulo Coelho</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 06 Apr 2009 19:55:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Coelho]]></category>
		<category><![CDATA[Drzewo Babel]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[książka]]></category>
		<category><![CDATA[Paulo]]></category>
		<category><![CDATA[recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[Zwycięzca jest sam]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=2608</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho">Zwycięzca jest sam, Paulo Coelho</a></p><p>Już 22 maja ukaże się nowa książka Paulo Coelho &#8211; Zwycięzca jest sam, nakładem wydawnictwa Drzewo Babel. Już dziś na blogu autora można przeczytać fragmenty&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho">Zwycięzca jest sam, Paulo Coelho</a></p><p>Już 22 maja ukaże się nowa książka Paulo Coelho &#8211; Zwycięzca jest sam, nakładem wydawnictwa Drzewo Babel. Już dziś <a title="zwycięzca jest sam, coelho, fragment" href="http://paulocoelhoblog.com/2009/01/27/the-winner-stands-alone-chapter-i-by-paulo-coelho/" target="_blank">na blogu autora można przeczytać fragmenty książki</a>.</p>
<blockquote><p>&#8222;Zdecydowałem się stworzyć portret moich czasów, jak zresztą każdy pisarz. Punktem wyjścia do namalowania tego portretu stało się pytanie: na co ludzie zwracają dzisiaj uwagę?&#8221;</p>
<p>&#8222;Sławna osoba posiada olbrzymią moc, by wyrażać swoje poglądy, ale można starać się być sławną osobą tylko przez wzgląd na samą sławę, co jest całkowicie bezużyteczne. Wydaje się, że ludzi dzisiaj obchodzi o wiele bardziej sama potrzeba bycia gwiazdą niż potrzeba bycia gwiazdą, która ma coś do powiedzenia. Na początku trzeba zaznaczyć, że nie umniejszam znaczenia ludzi znanych jako celebrities, bo sam się do nich zaliczam. Ale wydaje się, że to, co w latach 60. powiedział Andy Warhol: &#8222;Każdy chce być sławnym przez 15 minut i będzie sławny tylko przez 15 minut&#8221; &#8211; jest tym, co obserwujemy dzisiaj.&#8221;<br />
Paulo Coelho</p></blockquote>
<p><span id="more-2608"></span><br />
Tematem dwunastej powieści brazylijskiego prozaika(&#8230;), jest świat współczesnej mody oraz fenomen celebrities. Zbierając materiały do książki, pisarz spędził kilka miesięcy, podglądając modeli i modelki na pokazach znanych projektantów oraz za kulisami, a także odwiedzając gwiazdorskie rauty na festiwalach filmowych, m.in. w Cannes. Samo pisanie zajęło mu jak zwykle niewiele &#8211; około dwóch tygodni.</p>
<p>- Starałem się stworzyć portret moich czasów. Punktem wyjścia było pytanie: na co ludzie zwracają dzisiaj uwagę? &#8211; odpowiada indagowany o przesłanie nowej powieści.</p>
<p>Zdaniem Coelho kultura celebrities &#8211; do uczestnictwa w której on sam się przyznaje &#8211; jest naturalną konsekwencją epoki telewizji oraz internetu. Ale samo w sobie bycie celebrytą nie jest zjawiskiem negatywnym, jeśli medialną sławę wykorzystuje się w słusznej sprawie, na przykład do propagowania ekologii lub handlu fair trade. &#8211; Wydaje się jednak, że ludziom chodzi dziś o to, żeby być gwiazdą, a nie gwiazdą, która ma coś do powiedzenia. W latach 60. Andy Warhol powiedział: `Każdy chce być sławnym przez 15 minut i będzie sławny tylko przez 15 minut`. Dziś jego słowa wcieliły się w życie.</p>
<p>O polskiej wersji najnowszej powieści Paulo Coelho z całą pewnością można powiedzieć, że będzie kolejnym bestsellerem, tak jak wszystkie jego dotychczasowe publikacje. Ten 62-letni Brazylijczyk sprzedał na całym świecie ponad 100 milionów egzemplarzy swoich książek, z czego 3 mln rozeszły się w Polsce. &#8222;Alchemika&#8221;, największy bestseller Coelho, kupiło aż 560 tys. Polaków. Ta sztuka od lat nie udała się żadnemu innemu zagranicznemu pisarzowi.</p>
<p>Niewiarygodna popularność książek nie robi wrażenia na krytykach, którzy zgodnie uważają go za &#8211; najdelikatniej mówiąc &#8211; autora drugiego sortu. O twórczości Coelho poważne piszą bardzo rzadko, a jeśli już nie zajmują się wątpliwymi walorami literackimi jego utworów, lecz traktują jego dorobek jako fenomen socjologiczny i kulturowy. Z prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością, można więc zawyrokować, że &#8222;Zwycięzca jest sam&#8221; zostanie zmasakrowany lub w najlepszym wypadku zignorowany przez krytykę. Zaś autor &#8222;Alchemika&#8221; kolejny raz zostanie obwołany &#8222;królem kiczu&#8221;.<br />
Cezary Polak, źródło: www.dziennik.pl</p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/zwyciezca-jest-sam-paulo-coelho/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zbrodnia Churchilla, Carlos Thompson</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Dec 2008 11:05:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Carlos Thompson]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[Giblartar]]></category>
		<category><![CDATA[Prószyński i S-ka]]></category>
		<category><![CDATA[Sikorski]]></category>
		<category><![CDATA[Zbrodnia Churchilla]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=2221</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson">Zbrodnia Churchilla, Carlos Thompson</a></p><p>Zbrodnia Churchilla (The assassination of Winston Churchill) Carlos&#8217;a Thompson&#8217;a wydawnictwa Prószyński i S-ka to książka poświęcona tajemniczej śmierci Generała Sikorskiego. Czy była to tytułowa zbrodnia&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson">Zbrodnia Churchilla, Carlos Thompson</a></p><p>Zbrodnia Churchilla (The assassination of Winston Churchill) Carlos&#8217;a Thompson&#8217;a wydawnictwa Prószyński i S-ka to książka poświęcona tajemniczej śmierci Generała Sikorskiego. Czy była to tytułowa zbrodnia churchilla?</p>
<blockquote><p>Katastrofa w Giblartarze i śmierć Sikorskiego to jeden z najbardziej tajemniczych epizodów II wojny światowej, który pomimo wielkich wysiłków historyków polskich (ostatnio T. A. Kisielewskiego) nie doczekał się definitywnego wyjaśnienia, głównie ze względu na brak dostępu do archiwów brytyjskch. Książka Carlosa Thompsona, argentyńskiego aktora i pisarza, opublikowana została w 1968 roku w odpowiedzi na sensacyjne tezy o udziale premiera Wielkiej Brytani w zamachu na premiera rządu RP przedstawione w książce D. Irvinga &#8222;Wypadek&#8221; (1967) i w sztuce zachodnioberlińskiego dramaturga R. Hochhuta &#8222;Soldaten&#8221;, które wywołały wówczas skandal na skalę międzynarodową. Książka Thompsona powstała na zamówienie rodziny sir W. Churchilla, w celu definitywnego odparcia zarzutów. Publikujemy ją dziś po blisko 40 latach jako świadectwo i żródło historyczne, które może nas przybliżyć do wyjaśnienia wszystkich elementów wydarzeń w Giblartarze.</p></blockquote>
<p><strong>Zbrodnia Churchilla &#8211; fragment:</strong></p>
<p>Pierwszy ważny świadek<br />
Anthony Quayle</p>
<p>Dwudziestego trzeciego sierpnia pojechałem do Francji, do St. Mało, gdzie Anthony Quayle* i ja odbyliśmy pierwszą „poważną&#8221; rozmowę. Najpierw rozmawialiśmy o &#8222;Żołnierzach&#8221; ogólnie. Tony powiedział:<br />
- To dla mnie podejrzana sprawa, że ktoś pisze sztukę, a nie książkę, na taki temat. Powiedzieć, że Churchill był odpowiedzialny za śmierć Sikorskiego, to bardzo ciężkie oskarżenie. Dotyczy nie tylko zmarłego Churchilla, ale nas wszystkich, żyjących dzisiaj, ponieważ te fale, które wytwarza, nadal obmywają nasze brzegi. Takie oskarżenie wymaga bardzo starannych badań i udokumentowanego potwierdzenia. Wtedy może być pracą o wielkim znaczeniu historycznym &#8211; ale wymaga książki, napisanej przez wnikliwy i naukowy umysł. Żaden autor nie może oczekiwać, że zarobi dużo pieniędzy na takiej książce, ale wniesie wkład w historię. Ale sztuka to instrument czysto emocjonalny. To zły nośnik dla tak poważnego zarzutu, chociaż może być bardziej dochodowy.<span id="more-2221"></span><br />
Przerwałem, aby wtrącić:<br />
- Chcę zasugerować, że chociaż twój argument jest przekonywający, nie dowodzi złej woli Hochhutha. To nie jego wina, że jest urodzonym dramatopisarzem, że taki jest jego styl. Poza tym uważam, że należy go traktować jak przedstawiciela Nowych Niemiec, ludzi, którzy mają obecnie po trzydzieści, trzydzieści pięć lat, których dręczyło narzucone im poczucie wielkiej zbiorowej winy i którzy próbują się wyzwolić, wyrwać ze stereotypu, że alianci byli dobrzy, a Niemcy źli. Chcą, by wszyscy wyprali swoją brudną bieliznę.<br />
- Doskonale to rozumiem. Jeśli Hochhuth wygrzebał coś o istotnym znaczeniu historycznym, niewątpliwie powinien to ujawnić! Ale nie w sztuce, ponieważ reguły dramatu zniekształcają temat, który wymaga podejścia naukowego, i nadają wymiar emocjonalny sprawom, które wymagają analizy intelektualnej. Uważam za niezwykle ważne, abyśmy rozmawiali o znanych postaciach historycznych, kimkolwiek by nie były, w sposób absolutnie uczciwy, abyśmy poznawali tak dokładnie, jak to tylko możliwe, dobre i złe strony tak zwanych wielkich ludzi; dlatego jestem jak najbardziej za tym, aby współcześni historycy odkrywali przeszłość, badali ją, nawet oceniali. Nie mam szowinistycznych i staroświeckich poglądów, by otoczyć śmierć Sikorskiego tajemnicą. Jestem daleki od tego. Próbowałbym to zbadać możliwie dokładnie, dopóki są dokumenty archiwalne, dopóki można dotrzeć do ludzi, którzy tam byli; zatem jeśli Irving i Hochhuth dążą do prawdy, powiedziałbym: tak, róbcie to, jestem za, i jeśli rzeczywiście Churchill wydał rozkaz, osobiście lub za pośrednictwem Linde-manna, jest rzeczą o najwyższym znaczeniu, abyśmy o tym wiedzieli. Ale fakt, że bez żadnego przekonywającego dowodu, bez strzępka nawet, przerabia się to na sensacyjną sztukę, trąci znajomą pogonią za sukcesem. Dlaczego nie mógł poczekać, aż pojawią się prawdziwe odpowiedzi? Czy to nie podejrzane? Pomyśl o Rebecce West. Ona też interesuje się takimi rzeczami, rzucaniem światła na ciemne zakamarki historii. Ale nie pisze emocjonalnych sztuk. Pisze z chirurgiczną precyzją. Mówi: chcę przedstawić, chłodno i metodycznie, to, co wiem. To bardzo zwodniczy argument, że zamordowanie sojusznika i przyjaciela, z jakiegokolwiek powodu, umacnia wielkość Churchilla. Nie, ten człowiek pisze jedną sensacyjną sztukę po drugiej. Najpierw o papieżu, teraz o Churchillu.<br />
Po chwili dodał:<br />
- Na miłość boską, bądźmy uczciwi bez względu na cenę. Nie utajniajmy działań Churchilla tylko dlatego, że był naszym wielkim przywódcą w czasie wojny i człowiekiem, któremu zawdzięczamy przetrwanie, ale zajmijmy się tym jak prawdziwi historycy. Jeśli pojawi się ktoś i przedstawi DOWÓD, ja pierwszy powiem, że musimy go ujawnić!<br />
Spodziewałem się, że Tony zbagatelizuje całą sprawę. Tymczasem przemawiał tutaj rzecznik objawienia.<br />
Dodał:<br />
-Jeśli Hochhuth przedstawi dobrze swoją sprawę, znajdzie w Anglii chętnych odbiorców. Naród brytyjski jest dzisiaj w bardzo pokornym nastroju; wszyscy mówią: no cóż, znaleźliśmy się w bardzo niezręcznej sytuacji, wygraliśmy wojnę, ale przegraliśmy pokój, dokąd teraz pójdziemy? Jaka jest nasza rola w świecie? Bóg wie, że w Brytyjczykach pozostało niewiele arogancji, ale jednocześnie, jak sądzę, nadal jesteśmy narodem myślącym, odpornym na histerię; możemy być pokorni, ale nikt nie uwierzy „na słowo” w takie oskarżenie. Mimo to, jeśli powiesz naszemu narodowi: oto sztuka, w której się mówi, że Churchill był wielkim człowiekiem, ale żeby być naprawdę wielkim, trzeba być również strasznym, a więc zdolnym do zadekretowania śmierci niezwykłego człowieka, przyjaciela, do popełnienia strasznej zbrodni &#8211; jeśli przedstawisz ludziom dowód, że tak było, powiedzą: chcemy wiedzieć, musimy wiedzieć. Ale jeśli im powiesz: wszystko, co mogę wam zaoferować, to słowa człowieka, którego istnienia nie mogę wam udowodnić, a jego tożsamość zostanie ujawniona, kiedy nas wszystkich nie będzie już wśród żywych, po prostu nie potraktują cię poważnie. O samej katastrofie Quayle powiedział:<br />
- Oczywiście, że tam byłem; ale nikt nie mógł tego widzieć, naprawdę, ponieważ było zupełnie ciemno.<br />
- John Perry powiedział mi, że odwiózł Cazaleta na lotnisko. Czy odwiozłeś kogoś z tych, którzy tam zginęli?<br />
- Nie pamiętam, z kim jechałem. Bardzo dobrze pamiętam, że spędziliśmy przyjemny wieczór przy kolacji w rezydencji rządowej, a później, około dziesiątej trzydzieści, pojechaliśmy na lotnisko.<br />
- Gdzie byłeś, dokładnie, kiedy samolot wystartował?<br />
- Stałem w pobliżu pasa z dowódcą bazy, pułkownikiem Bollandem; czekając na start, rozdzieliśmy się na małe grupki, zabijając czas rozmową. Pamiętam, że razem z Bollandem zaczęliśmy iść w kierunku samochodów, kiedy samolot kołował, a kiedy spojrzeliśmy znowu &#8211; pamiętam to bardzo dokładnie &#8211; zobaczyliśmy światła pozycyjne i niewyraźny kształt samolotu, który z rykiem odrywał się od ziemi.<br />
- Czy odniosłeś wrażenie, że start był nienormalny?<br />
- Nie.<br />
- Perry mówi, że samolot z całą pewnością oderwał się od pasa za późno, a on pobiegł, instynktownie wyciągając ręce, jakby chciał go podtrzymać.<br />
- Kiedy się obejrzałem, Bolland i ja szliśmy w stronę naszych samochodów, a samolot rozpędzał się przed startem. Nie zauważyłem niczego nienormalnego.<br />
- Czy kiedykolwiek spotkałeś Prchala?<br />
- Nie. Ale pamiętam, że widziałem go, z jednego z górnych okien rezydencji rządowej, jakiś czas po katastrofie, kuśtykającego o kulach przez dziedziniec.<br />
- Irving powiedział Johnowi, że Prchal przemycał pół tony pomarańczy i że samolot był straszliwie przeciążony, z powodu skrzynek whisky, brandy i czego tam chcesz, które nie tylko Prchal, ale wszyscy inni, w tym ludzie z otoczenia Sikorskiego, przemycali do Anglii.<br />
- Pamiętam, że zajrzałem do samolotu, kiedy wszyscy wsiedli, i pomyślałem: ależ bałagan! Wyglądał strasznie nieporządnie i był straszliwie zapchany, wyładowany różnymi rzeczami. W oczach laika, oczywiście.<br />
Zapamiętałem tę uwagę o „oczach laika”. Pobieżne spojrzenie do wnętrza ogromnego samolotu może pozostawić błędne wrażenie; „nieporządek” nie musi oznaczać „przeładowania” ani nawet „złego rozłożenia ciężaru”.<br />
- Czy wiesz coś o komandorze Baileyu, który był wtedy płetwonurkiem w Gibraltarze?<br />
- Nie pamiętam, czy go spotkałem, ale wiem o nim. Irving wspomniał mi chyba, że mieszka w Lizbonie.<br />
- Od niego dowiem się dokładnie, co znaleźli na dnie morza. Intryguje mnie te pół tony pomarańczy. &#8211; Też o tym słyszałem, ale wtedy z pewnością o tym nie wiedziałem.<br />
- Kiedy zobaczyłeś ciało generała Sikorskiego, jak szybko po katastrofie?<br />
- Następnego dnia. Łubieński i ja włożyliśmy je do trumny.<br />
- Kto to jest Łubieński?<br />
- Łubieński był polskim oficerem łącznikowym w Gibraltarze. Nazywaliśmy go „Lulu”. Teraz opiekuje się polskimi uchodźcami i mieszka w Monachium. To mój bardzo dobry przyjaciel. Mam jego adres i dam ci go, razem z numerem telefonu, jeśli to ci się do czegoś przyda.<br />
- Jeśli dasz mi list do niego, czy mnie przyjmie?<br />
- Z pewnością.<br />
- Rozumiesz, chciałbym pomóc Larry’emu w miarę swoich możliwości.<br />
- Czy cię poprosił, żebyś zbadał tę sprawę w jego imieniu?<br />
- Nie. Sam postanowiłem to zrobić. Teraz mam podwójny powód: jestem zafascynowany całą tą sprawą i chcę zdobyć wszelkie dowody, jakie uda mi się zebrać.<br />
- Obawiam się, że Lulu nie dostarczy ci żadnych dowodów, wątpię, czy ktokolwiek zdoła. Wspomniałeś o Irvingu. Przyszedł zobaczyć się również ze mną. Przez całą godzinę opowiadał mi o swoich dowodach, ale nie miał niezbędnego klucza; po prostu go nie było.<br />
- Czy widziałeś ogromną ranę na głowie Sikorskiego?<br />
- Nie pamiętam żadnej ogromnej rany na głowie.<br />
- Powiedziano mi, że biegła wokół całej czaszki&#8230;<br />
- To nieprawda.<br />
- Powiedz mi, proszę, co widziałeś, jakie rany zauważyłeś na ciele generała? Albo lepiej powiedz mi, co dokładnie powiedziałeś Irvingowi.<br />
- Powiedziałem mu, że zauważyłem bardzo małą ranę, która mogła zostać zadana tym &#8211; pokazał mi swoje wieczne pióro &#8211; w kąciku jednego oka, nie mogę sobie przypomnieć, czy to było lewe, czy prawe oko, ale poza tym pamiętam to bardzo dobrze. Pamiętam też obrażenia na nogach i oczywiście sińce na twarzy.<br />
- Nie wiesz, czy Baileyowi rozkazano nurkować, żeby wyłowić jakieś bardzo ważne dokumenty, nie mówiąc już o ciałach?<br />
- Samolot był pełen dokumentów. Poza wszystkim innym, było tam coś niezwykle ważnego. W samolocie była lista wszystkich jednostek biorących udział w lądowaniu na Sycylii. Lista miała trafić do Anglii, żeby Główny Urząd Pocztowy mógł przeadresowywać pocztę dla naszych ludzi, tak aby docierała do nich tam, gdzie stacjonowali przed inwazją. Ta lista była w samolocie &#8211; wiem o tym &#8211; i gdyby wpadła w ręce Niemców, dowiedzieliby się o jednostkach i sile naszych wojsk uczestniczących w inwazji na Sycylię.<br />
(Pamiętam, że Lloyd powiedział: „Na pokładzie tego samolotu były dokumenty dotyczące inwazji na Sycylię”).<br />
- Pamiętasz, czy Liberator, kiedy kołował, stał przez dłuższy czas na końcu pasa?<br />
- Na pamiętam. Ale kiedy Irving przyszedł się ze mną zobaczyć, powiedział mi o tym. Powiedział: „Wie pan oczywiście, że kiedy samolot pokołował na zachodni kraniec pasa, stał tam co najmniej dziesięć minut”. „Całkiem możliwe &#8211; odparłem. &#8211; Nie pamiętam tego, ale mogło tak być&#8221;. Potem on powiedział: „No tak, kto może wiedzieć, czy w ciągu tych dziesięciu minut&#8230; wie pan, nieprawdaż, że na pasie startowym znaleziono worek z pocztą&#8230;?”. „Tak, słyszałem o tym &#8211; odparłem &#8211; ale nigdy nie miałem na to dowodu. Wtedy krążyło wiele pogłosek”. „No cóż &#8211; powiedział Irving &#8211; rozumie pan, że w ciągu tych dziesięciu minut cała załoga, z wyjątkiem Prchala, mogła wysiąść z samolotu, a podczas wysiadania worek z pocztą mógł wypaść&#8230;?”<br />
Kto to może wiedzieć&#8230; Mógłby wiedzieć&#8230; Hochhuth powiedział nam, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości: „&#8230;załoga wysiadła”!<br />
(…)</p>
<p>*Quayle jest aktorem dobrze znanym również w Polsce z takich filmów jak &#8222;Działa Nawarony&#8221; czy &#8222;Lawrence z Arabii. Specjalizował się w rolach brytyjskich oficerów, więc z uwagi na swą przeszłość wojenną grał niejako siebie (przyp. red.).</p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/zbrodnia-churchilla-carlos-thompson/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Godot i jego cień, Madame, Libera</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 Nov 2008 17:28:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Antoni]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[Godot i jego cień]]></category>
		<category><![CDATA[Libera]]></category>
		<category><![CDATA[Madame]]></category>
		<category><![CDATA[Znak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=2179</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera">Godot i jego cień, Madame, Libera</a></p><p>Godot i jego cień to kolejna książka Antoniego Libery autora książki Madame wydawnictwa Znak. Godot i jego cień może stać się bestsellerem co wnioskuję po&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera">Godot i jego cień, Madame, Libera</a></p><p><strong>Godot i jego cień</strong> to kolejna książka <strong>Antoniego Libery</strong> autora książki Madame wydawnictwa <a title="Znak" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/znak/" target="_self">Znak</a>. <strong>Godot i jego cień </strong>może stać się bestsellerem co wnioskuję po przeczytaniu fragmentu. Czytając <strong>Madame</strong> wróciłem pamięcią do własnych czasów licealnych, ponieważ bohaterem jest młody chłopak zakochany w tajemniczej nauczycielce francuskiego, tytułowej Madame&#8230; Wspaniały język, odniesienia do filozofii, ale także wiele zabawnych sytuacji.<strong> </strong>Poniżej cytuję <strong>fragment</strong> książki Godot i jego cień ze <a title="Fragment Godot i jego cień" href="http://www.antoni-libera.pl/node/64" target="_blank">strony autora</a>.</p>
<blockquote><p>Byłoby nadużyciem uznać to za początek &#8211; trudno nawet uwierzyć, że w ogóle miało to miejsce &#8211; a jednak takie są fakty.<br />
Rok pięćdziesiąty siódmy. Pamiętna upalna jesień. Od ponad dwunastu miesięcy &#8211; od wiecu na placu Defilad, gdzie padło wiele słów o wyrządzonym złu, o błędach i wypaczeniach i o tym, że takie rzeczy więcej się nie powtórzą &#8211; panuje w całym kraju dziwny, odświętny nastrój. Mam wówczas osiem lat i nie mam pojęcia, w czym rzecz. Chodzę do drugiej klasy i zajmuje mnie głównie zbieranie znaczków pocztowych &#8211; technika ich odklejania (od kopert, a zwłaszcza pocztówek), układanie w klaserze, duplikaty, wymiany &#8211; nie mogę jednak nie widzieć różnych zmian dookoła. Na przykład mniej czerwieni &#8211; sztandarów, transparentów. Barwniejsza, swobodniejsza, jakby weselsza ulica. Nowe audycje radiowe, inny ton i muzyka. Jednakże przede wszystkim nieznany dotąd klimat i atmosfera w domu. Ożywienie rodziców powracających z pracy, częste wizyty znajomych, intensywne rozmowy ciągnące się w późną noc. Wizyty cudzoziemców &#8211; język francuski, angielski, zachodnie pisma, książki, wina i papierosy. Pierwsze wyjazdy ojca za żelazną kurtynę &#8211; jego powroty, prezenty. Podniecenie, nadzieja!<span id="more-2179"></span><br />
Aż nagle, na początku nowego roku szkolnego, podmuch trujących wieści: przed gmachem Politechniki rozbito wiec studentów, którzy demonstrowali przeciw zamknięciu «Po prostu», wolnościowego pisemka; są pobici i ranni, wielu aresztowano. I idący w ślad za tym zmierzch szampańskiego nastroju. W rozmowach, które słyszę, choć wciąż niewiele rozumiem, pojawiają się dziwne, złowróżbne wyrażenia, takie jak: „wraca nowe&#8221; lub „przykręcanie śruby&#8221;, albo mówione szyderczo: finita la commedia, a zwłaszcza zagadkowe: „czekanie na Godota&#8221;. To ostatnie wyraźnie wybija się nad inne, staje się leitmotivem, rytualnym zaklęciem. Które brzmi głucho, złowieszczo &#8211; jakby „czekanie na szafot&#8221; &#8211; a w każdym razie posępnie, niemile intrygująco. Nie wytrzymuję w końcu i pytam o jego znaczenie. Ach nie, to nic takiego, otrzymuję odpowiedź, to tytuł pewnej sztuki, o której teraz się mówi, granej na całym świecie i u nas, w Teatrze Współczesnym.<br />
- No dobrze, lecz co to znaczy? &#8211; nie daję za wygraną. &#8211; Kim albo czym jest Godot?<br />
- To ktoś lub coś, czego nie ma. Kto miał przyjść, lecz nie przyszedł. Co miało się stać, lecz nie stało i pewnie się nigdy nie stanie.<br />
- Koniec świata?<br />
- Nie, nie &#8211; tu pobłażliwy uśmiech &#8211; absolutnie nie to. Lecz jeśli chcesz wiedzieć więcej, to musisz trochę poczekać, aż uda nam się wreszcie zobaczyć to przedstawienie. Wtedy ci opowiemy. Na razie nie ma biletów.<br />
Wyczuwam, że ta odpowiedź jest jakoś wymijająca. Nie wyjaśnia wszystkiego, odkłada sprawę na później. Cóż jednak mogę zrobić? Tacy już są dorośli. Jeśli z jakichś powodów nie chcą czegoś powiedzieć, nic ich do tego nie skłoni. A zresztą, bez przesady, nie jest to aż tak ważne. Bez porównania ważniejsze jest to, że po raz pierwszy wysłano w przestrzeń kosmiczną sztucznego satelitę. Udało się to wprawdzie znienawidzonym Kacapom, w tym szczególnym wypadku nie ma to jednak znaczenia. Taki krok poza Ziemię jest czymś ponadpaństwowym, to osiągnięcie ludzkości &#8211; otwierające drogę ku gwiazdom i innym światom, o których człowiek marzył od niepamiętnych czasów.<br />
Może się wreszcie okaże, co tam właściwie jest &#8211; ponad naszymi głowami? Mieszka tam kto, czy nie? Czy Niebo jest błękitne, takie, jak jawi się z Ziemi w jasny, pogodny dzień, czy jednak czarne i puste, jak podczas bezgwiezdnej nocy? Strach myśleć o takiej pustce ciągnącej się w nieskończoność; strach myśleć nawet o tym, że z takich podróży w kosmos, choćby okołoziemskich, można nigdy nie wrócić. A nie można nie myśleć, bo oto nie mija miesiąc, a w przestrzeń kosmiczną leci pierwsze żywe stworzenie: pies Łajka, „przyjaciel człowieka&#8221;, jak zwą go nagłówki prasowe. Właśnie, przyjaciel. Wierny. Ucieleśnienie wierności. Wszak mówi się „wierny jak pies&#8221;. I temu przyjacielowi gotuje się taki los? Oswaja się go, głaszcze, zdobywa zaufanie, po czym zamyka w kapsule i wysyła w przestworza? Pies, przeszedłszy dziesiątki albo i setki prób, myśli&#8230; no, raczej czuje, że to się wkrótce skończy &#8211; ten pobyt w ciasnym pudle, dusznym i całkiem ciemnym (chyba nie ma tam światła?) &#8211; że ludzie, ci „dobrzy panowie&#8221; otworzą wkrótce zasuwę i tuląc go, poklepując, będą dawać w nagrodę ulubione przysmaki. Tymczasem nic podobnego. Mijają godziny, doby i nic się takiego nie dzieje. Cisza, kompletna cisza (co może być tam słychać? „sputnik&#8221; nie ma silnika) i ciemność, nieprzenikniona. Kończy się tlen i żywność i oto kończy się świat &#8211; już nawet nie ze skomleniem.<br />
Którejś niedzieli &#8211; telefon. Dzwoni pan Jerzy Kreczmar, dobry znajomy rodziców, niegdysiejszy pedagog i wykładowca logiki, obecnie &#8211; wybitny reżyser, czołowa osobistość współczesnego teatru. To właśnie on wystawił na scenie Współczesnego Czekając na Godota, spektakl, który się cieszy od blisko dziesięciu miesięcy niezwykłym powodzeniem i powszechnym uznaniem. Pan Kreczmar się sumituje, że nie zaprosił wcześniej na tę inscenizację, a teraz z propozycją dzwoni w ostatniej chwili, bo na najbliższy wieczór. No, ale tak to już jest, bilety są wyprzedane na wiele tygodni naprzód i nawet on, reżyser, twórca tego spektaklu, ma bardzo ograniczone możliwości zaproszeń. A zatem czy rodzice mają czas i ochotę, by pójść do teatru dziś wieczór? &#8211; Oczywiście, że mają, jakżeby mogli nie mieć i stracić taką okazję.<br />
- Trudno, zostaniesz sam w domu &#8211; słyszę chłodną odpowiedź na wyraz moich obiekcji &#8211; nie jesteś już małym dzieckiem. Poczytasz sobie książkę albo posłuchasz radia. Możesz położyć się później, zaczekać, aż wrócimy. W nagrodę dowiesz się od nas, kim dokładnie jest Godot.<br />
Wypowiedziane hasło przywołuje natychmiast nierozwiązaną zagadkę i nagle przychodzi mi na myśl, że przecież mógłbym otrzymać odpowiedź z pierwszej ręki &#8211; ze sceny, ze spektaklu. A przy okazji nareszcie zobaczyć prawdziwy teatr, o którym tyle słyszę jako o czymś magicznym. Rzecz jasna, wiem co to teatr, nieraz już w nim bywałem, pokazywano tam jednak przedstawienia dla dzieci: bajki o krasnoludkach, o Czerwonym Kapturku, historie kukiełkowe. A teatr dla dorosłych to ponoć coś innego, coś niesamowitego! A zatem nie ma co zwlekać! Kiedy się znowu nadarzy tego rodzaju okazja?<br />
- Nie zostanę sam w domu &#8211; oświadczam z determinacją. &#8211; Źle się czuję. Mam lęki.<br />
- Lęki? &#8211; Zdumienie, groza, niedowierzanie w głosach. No, bo i rzeczywiście, nie zgłaszałem dotychczas podobnych przypadłości. &#8211; A co cię tak niepokoi?<br />
- Trudno powiedzieć &#8211; bąkam. &#8211; Sam nie wiem, co to jest. Ten pies wysłany w kosmos?<br />
- Psa w kosmosie się boisz? &#8211; ojciec moją odpowiedź próbuje obrócić w żart.<br />
- Nie jego &#8211; odpowiadam &#8211; tylko tego, czy wróci.<br />
- Dobrze, zostanę z nim &#8211; matka chce się poświęcić. &#8211; Idź sam &#8211; mówi do ojca &#8211; weź kogoś na moje miejsce.<br />
Ojciec zdaje się jednak mieć inny plan działania. Zamyka się w gabinecie, rozmawia przez telefon, po czym ogłasza krótko, że idę razem z nimi.<br />
- Nadzwyczaj pedagogiczne! &#8211; matka nie kryje wzburzenia. &#8211; Doprawdy, co za pomysł! To nie jest sztuka dla dzieci, zwłaszcza znerwicowanych.<br />
- Dla dzieci pewnie i nie &#8211; ojciec wyraźnie łagodzi, starając się być dowcipny &#8211; ale dla neurotycznych to może i wskazana.<br />
Ta różnica poglądów nie ma już jednak znaczenia. Postanowione, idę.</p>
<p>W teatrze dziki tłum, wszystkie miejsca zajęte, ludzie stoją po bokach. Pan Kreczmar poleca komuś, by mi dostawić krzesło obok rzędu rodziców. Matka znów się poświęca: to ona będzie tam siedzieć. Ja z ojcem w fotelach, po środku.<br />
Zapada ciemność. Gong. Kurtyna idzie w górę. I niemal od razu zdumienie. Sądziłem, że teatr poważny, to znaczy dla dorosłych, to jest coś poważnego: postaci „romantyczne&#8221;, z prawdziwego zdarzenia &#8211; królowie, damy, panowie &#8211; słowem: bohaterowie, którzy w dodatku mówią do rymu i rytmicznie. A tutaj co? Błazenada &#8211; gagi, wygłupy, cyrk. Klown smutny i niezaradny; i drugi &#8211; mądrzejszy od niego. I jeszcze inna para, gruby i chudy: pan &#8211; sługa. Że są to klowni, to widać już po samych kostiumach, uszytych z materiału w taką lub inną kratę, a pod względem rozmiarów &#8211; niezbyt dopasowanych. Klown głupszy ma wszystko za duże, a mądrzejszy &#8211; za ciasne. Poza tym kapelusze &#8211; jak Charliego Chaplina. I buty &#8211; znów komiczne: za duże albo szpiczaste, albo jaskrawo białe i na wysokim obcasie. I wreszcie imiona postaci: Didi, Gogo lub Pozzo. Czy nie brzmią one podobnie jak klasyczny Bim-Bom?<br />
No tak, lecz są i różnice. Po pierwsze, cyrkowi klowni &#8211; poza tym, że błaznują &#8211; na ogół coś jeszcze umieją: żonglować, chodzić na rękach, robić fikołki w powietrzu. Ci zaś nie wykazują takich umiejętności. Ich popisy są żadne, w najlepszym razie niezdarne. Poza tym klownada w cyrku jest zawsze na wesoło, tylko chwilami na smutno. Natomiast to błazeństwo jest prawie wyłącznie na smutno. Postaci nawet padając czy tracąc równowagę &#8211; albo głupio się ciesząc, albo głupio się bojąc &#8211; budzą głównie współczucie. Żal ich. To nieszczęśnicy. A kiedy pod koniec aktu okazuje się wreszcie, że czekali daremnie, że tajemniczy Godot znów odwołał przybycie i każe czekać dalej, to nawet więcej niż żal, po prostu litość bierze. No bo cóż smutniejszego niż niespełniona nadzieja, zwłaszcza żywiona tak długo?<br />
Ale jest jeszcze coś, co różni tę rzecz od cyrku. I właśnie to wywiera największe na mnie wrażenie: postać Chłopca-Posłańca, który przynosi wiadomość o przełożeniu spotkania. Od postaci cyrkowych odróżnia go nie tylko rodzaj jego kostiumu: białe ubranko pastuszka, kapelusz typu sombrero i znane mi z autopsji (mam takie same!) sandały, lecz również &#8211; i przede wszystkim &#8211; sam fakt, że gra go dziecko. W cyrku grywają karły, zwane liliputami, ale nigdy nie dzieci, przynajmniej ja nie widziałem. A oto tu gra chłopiec, co więcej, w moim wieku, wyraźnie w moim wieku, takie rzeczy się czuje.<br />
A zatem i ja bym tak mógł! Szkoda, że teatr&#8230; pan Kreczmar nie mnie obsadził w tej roli. Przecież by mógł, zna rodziców, mieszkamy po sąsiedzku. Ach, cóż by to był za traf, co za niezwykła przygoda! Znajomość z aktorami, próby (zwolnienia ze szkoły!), wychodzenie na scenę, aplauz widowni, ukłony. Ale to jeszcze nic! Grając Chłopca-Posłańca, można by wpłynąć na akcję, można by &#8211; zmienić ją! Godot wprawdzie nie przyjdzie, bo nie ma takiej postaci, mógłby on jednak na koniec przekazać inną wiadomość: nie że przyjdzie nazajutrz, lecz że zaprasza do siebie. Kluczową kwestię Chłopca wystarczy nieznacznie zmienić: „Pan Godot powiedział mi, żebym powiedział panu, że&#8230; wprawdzie przyjść nie może, ale że prosi do siebie. Za mną, panowie! Chodźmy! Zaprowadzę was tam.&#8221; Czyż takie zakończenie nie byłoby dużo lepsze?<br />
Zwierzam się z tego pomysłu podczas powrotu do domu. Jedziemy starym tramwajem, który dudni i trzęsie.<br />
- Byłoby przyjemniejsze &#8211; mówi ojciec z naciskiem &#8211; nie byłoby jednak prawdziwe.<br />
- Dlaczego by nie było? Wystarczy tak napisać. Wystarczy tak zagrać na scenie.<br />
- To właśnie byłby fałsz &#8211; ojciec broni autora. &#8211; W życiu jest tak, jak w sztuce.<br />
- Nie trułbyś mu umysłu &#8211; zwraca uwagę matka. &#8211; Od takiej filozofii odechciewa się żyć.<br />
- Niekoniecznie &#8211; do ojca argument ten nie trafia. &#8211; A czasem się człowiek hartuje. Łatwiej jest znieść wiele rzeczy, będąc przygotowanym raczej na gorsze niż lepsze, a zwłaszcza na najgorsze.<br />
Dalsza podróż do domu upływa nam w milczeniu.</p>
<p>Po późnej, małej kolacji ojciec nastawia radio i słucha Wolnej Europy. Po „Faktach&#8221; podają nagle wiadomość z ostatniej chwili. Według agencji TASS, pies Łajka, zgodnie z planem, został ostatnim posiłkiem, otrzymanym w kosmosie, humanitarnie uśpiony, po czym wracając na Ziemię, spłonął wraz z satelitą.<br />
- Zbyt piękne &#8211; mówi ojciec &#8211; aby było prawdziwe.<br />
- Co niby jest piękne? &#8211; matka. &#8211; Zastanów się, co mówisz!<br />
- To, że go wcześniej uśpili.</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/madame111.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-2182" title="madame" src="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/madame11-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a>Madame jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu, a także rozrachunek z epoką Peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.</p>
<blockquote><p>Sensacja w Polsce&#8230; rzecz znakomicie napisana i zmuszająca do myślenia. Można ją czytać naraz jako thriller, fascynującą historię miłosną, a także jako komiczną powieść polityczną i społeczną satyrę. Spełniając bardzo wysokie standardy artystyczne, daje głęboki wgląd w rozmaite dziedziny i sprawy &#8211; od psychologii wieku młodzieńczego po ideologiczną klęskę komunizmu.<br />
Stanisław Barańczak (o wydaniu amerykańskim)</p>
<p>Ożywcza, nadzwyczaj zajmująca książka&#8230; Lubiłby ją sam Stendhal. A gdyby znał polski, mógłby ją też napisać.<br />
„The Washington Post”</p>
<p>Wspaniałe, rzadkie osiągnięcie&#8230; Najlepsze dzieła literackie na ogół opowiadają proste historie; do panteonu wielkiej literatury wprowadza je sposób, w jaki są opowiedziane.<br />
„Los Angeles Times”</p>
<p>Powieść roku&#8230; Błyskotliwie napisana, przemyślnie zbudowana, nieustannie wciągająca, przepojona niezachwianą wiarą w piękno sztuki.<br />
„Die Welt”</p>
<p>Rzecz olśniewająca pomysłowością, precyzyjna i tak silnie pobudzająca, że zamiast ją omawiać, chce się ją po prostu podziwiać&#8230; Madame ma w sobie wszystko: poezję, politykę i miłość.<br />
„San Francisco Chronicle”</p>
<p>Powieść uhonorowana Główną Nagrodą w pierwszej edycji konkursu Wydawnictwa Znak, wyróżniona Nagrodą im. Andrzeja Kijowskiego (1999) i wybrana spośród 123 utworów zgłoszonych z całego świata do finałowej siódemki IMPAC Dublin Literary Award (2002). Przełożona dotychczas na 20 języków.</p></blockquote>
<p><a title="Antoni Libera" href="http://www.petlaczasu.pl/antoni/libera/a2067" target="_blank">Antoni Libera</a></p>
<div id="attachment_2183" class="wp-caption alignleft" style="width: 160px"><a href="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/antoni-libera111.jpg"><img class="size-thumbnail wp-image-2183" title="antoni-libera" src="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/antoni-libera11-150x150.jpg" alt="dziennik.com" width="150" height="150" /></a><p class="wp-caption-text">dziennik.com</p></div>
<p>Reżyser, tłumacz, krytyk literacki, prozaik. Urodził się w 1949 roku w Warszawie. Studia ukończył na Uniwersytecie Warszawskim, doktoryzował się w Polskiej Akademii Nauk. Od lat zajmuje się twórczością Samuela Becketta, tłumacząc ją na język polski i wystawiając w teatrze. Uważany za najznakomitszego „beckettologa”, przez samego Becketta nazywany swoim „ambasadorem w Europie Wschodniej”. Przełożył, opracował krytycznie i wydał wszystkie dzieła dramatyczne tego pisarza, część jego utworów prozą oraz eseje i wiersze. W Polsce sztuki Becketta realizował głównie w teatrach w Warszawie i w Teatrze Telewizji. Dramaty Becketta wystawiał też w oryginale, m.in. na deskach teatrów w Londynie, Dublinie, Nowym Jorku i Melbourne.</p>
<p>Swoim pierwszym utworem literackim wywołał niezwykłe zamieszanie na polskiej scenie literackiej – wszak nie co dzień zdarzają się debiuty pięćdziesięciolatków i to debiuty w takim stylu! Powieść Madame wygrała konkurs prozatorski wydawnictwa „Znak”, Libera został nominowany do największej polskiej nagrody literackiej (Nike 1999) i uhonorowany nagrodą im. Andrzeja Kijowskiego. Utwór wydano m.in. w USA, Niemczech, Japonii i na Węgrzech. Pytany, czy dzieje platonicznej młodzieńczej miłości są rodzajem autobiografii, zaprzecza i z zapałem zapewnia: „Literatura nie jest naśladowaniem życia! Ona jest sublimacją życia. […] W życiu wszystko jest marne, nijakie, połowiczne. W literaturze może być doskonałe, co nie znaczy, że takie jest życie. Ale na tym polega istota literatury.”</p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/godot-i-jego-cien-madame-libera/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Szminka w wielkim mieście, Candace Bushnell</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 Nov 2008 15:35:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Video]]></category>
		<category><![CDATA[Candace Bushnell]]></category>
		<category><![CDATA[film]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[książka]]></category>
		<category><![CDATA[new york times]]></category>
		<category><![CDATA[recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[seks w wielkim mieście]]></category>
		<category><![CDATA[Szminka w wielkim mieście]]></category>
		<category><![CDATA[Znak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=2168</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell">Szminka w wielkim mieście, Candace Bushnell</a></p><p>Przedstawiam zwiastun filmu Seks w wielkim mieście oraz książkę Szminka w wielkim mieście, Candance Bushnell wraz z fragmentem. Szminka w wielkim mieście to chyba tak&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell">Szminka w wielkim mieście, Candace Bushnell</a></p><p>Przedstawiam zwiastun filmu Seks w wielkim mieście oraz książkę Szminka w wielkim mieście, Candance Bushnell wraz z fragmentem.<br />
<strong>Szminka w wielkim mieście</strong> to chyba tak jak i <strong>Seks w wielkim mieście</strong> typowa książka dla kobiet. <strong>Seks w wielkim mieście</strong> przedstawia życie kobiet Victory, Nico i Wendy w mieście zmagających się z trudami dnia powszedniego. Victory jest utalentowaną projektantką mody, Nico to redaktor naczelną magazynu dla kobiet, a Vendy toproducentka filmowa. Bohaterki przeżywają porażki i sukcesy, poszukują miłości i szczęścia oraz walczą w nierównej walce z mężczyznami&#8230;</p>
<p><strong>Seks w wielkim mieście</strong> mimo tego że był bestsellerem to nie był książką wybitną i w mojej ocenie jest to kolejna książka łatwa, lekka i przyjemna, którą można porównać do ostatnio wydanej książki Kaktus w sercu Barbary Jasnyk. Szminka w wielkim mieście to książka na pewno warta polecenia fanom Seksu w wielkim mieście, zarówno książki jak i filmu.<span id="more-2168"></span></p>
<blockquote><p>Nico, Wendy i Victory to nowojorskie kobiety sukcesu &#8211; jedna jest redaktorką magazynu o modzie, druga projektantką, a trzecia producentką. Właśnie zajęły 8, 12 i 17 miejsce w rankingu &#8222;Najbardziej wpływowe kobiety Nowego Jorku&#8221; sporządzonym przez dziennik New York Post. Bohaterki chcą w następnym roku podwyższyć swoją lokatę, ale sztuką okaże się samo utrzymanie w czołowej pięćdziesiątce&#8230;</p>
<p>Magnetyzujący Nowy Jork, eleganckie salony, pokazy mody, wielkie pieniądze. Spektakularne sukcesy i druzgoczące porażki, życie na najwyższych obrotach. W takiej właśnie scenerii umieszcza swoje bohaterki Candace Bushnell, autorka kilku światowych bestsellerów, na czele z kultowym Seksem w wielkim mieście. Piękne, bogate, samodzielne kobiety poszukujące spełnienia i miłości &#8211; to postaci także z ostatniej powieści Bushnell.</p>
<p>Być kobietą sukcesu i przetrwać w męskiej dżungli Nowego Jorku? Niełatwe zadanie! Ambitna kobieta, która chce zaistnieć w świecie wielkiego biznesu, musi zużyć do tego dwukrotnie więcej siły niż mężczyzna. Oczywiście bohaterki Candace Bushnell radzą sobie w tym nieprzyjaznym środowisku świetnie &#8211; jak nikt potrafią wykorzystać zarówno swoją inteligencję, jak i urodę. Ta ostatnia sprzyja także nawiązywaniu gorących romansów, których pikantne opisy na pewno zadowolą miłośników serialu Seks w wielkim mieście.</p>
<p>Dzień po pozytywnej recenzji w New York Timesie Szminka w wielkim mieście wskoczyła na listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych i błyskawicznie rozpoczęła wspinaczkę na czołowe miejsca. Zawrotna kariera książki specjalnie nie dziwi &#8211; po pierwsze wpływa na nią sława poczytnej autorki, po drugie forma i treść samej książki sprawiają, że nie trzeba przekonywać do niej ani zwolenniczek literatury typu chick-lit, ani dojrzałych fanek powieści kobiecych. Połączenie lekkiej formy z soczystym językiem oraz trafnych, zjadliwo-ironicznych uwag dojrzałej kobiety zjedna sobie serca zarówno tych czytelniczek, które czują się spełnione w życiu zawodowo-osobistym, jak i tych, które tęsknią do lepszej rzeczywistości.</p></blockquote>
<p><strong>Szminka w wielkim mieście, Candace Bushnell &#8211; fragment:</strong></p>
<blockquote><p>Fiasko z Shane&#8217;em to najprawdopodobniej najbardziej interesująca rzecz, jaka zdarzyła się w tym małżeństwie, tłumaczyła Wendy, usadowiona naprzeciwko Victory. Jej przytrafiało się mnóstwo interesujących rzeczy, uświadomiła sobie jednak ze smutkiem, że Shane&#8217;owi raczej nie. Ale przecież to nie jej wina, prawda? Zresztą do cholery, na co się uskarżał? Miał dzieci! Szczęściarz. Spędzał z nimi tyle czasu, ile chciał. Nie rozumiał, jakie to cenne? A mógł robić to dzięki niej.<br />
Victory pokiwała głową ze zrozumieniem.<br />
- Przy okazji, widziałaś Seldena Rose&#8217;a? Wychodził, kiedy ja wchodziłam. Z całą pewnością zrobił coś z włosami. Wyglądają na wyprostowane. To pewnie ta nowa japońska technika, całymi godzinami trzeba siedzieć w salonie&#8230;<br />
Na wzmiankę o Seldenie Rosie i o jego włosach Wendy poczerwieniała.<br />
- Selden jest w porządku &#8211; oświadczyła. &#8211; Bardzo miło zareagował, kiedy opowiedziałam mu o Shanie.<br />
- Sądzisz, że był&#8230; zainteresowany?<br />
Wendy gorączkowo pokręciła głową. W ustach miała pełno sałaty.<br />
- Na pewno ma dziewczynę &#8211; oświadczyła, przełykając. &#8211; A Shane zatrudnił terapeutkę małżeńską!<br />
- Co z Rumunią?<br />
- Może nie będę musiała jechać. Dowiem się na pewno za godzinę albo dwie. Jeśli cholerny reżyser raczy zadzwonić &#8211; powiedziała Wendy. Wzięła do ręki komórkę i popatrzyła na nią podejrzliwie, a następnie położyła aparat obok talerza, żeby na pewno usłyszeć dzwonek. &#8211; Poza tym to terapia, wiesz? Warczymy na siebie przez godzinę, a potem czuję, że wszystko jest w porządku i jakoś mogę przeżyć następny tydzień. &#8211; Telefon zadzwonił, chwyciła go błyskawicznie. &#8211; Tak?<br />
Umilkła i spojrzała na Victory, a wyraz jej twarzy wskazywał, że nie o tę rozmowę chodziło.<br />
- Tak, aniele &#8211; powiedziała nieco zbyt dziarsko. &#8211; To brzmi cudownie. Będzie zachwycona&#8230; Nie, jeszcze nie wiem&#8230; Tylko na parę dni. Pewnie wrócę w sobotę po południu. &#8211; Skrzywiła się. &#8211; Aha, dzięki, że się tym zająłeś, aniele. Kocham cię.<br />
- Shane? &#8211; zapytała Victory.<br />
Wendy pokiwała głową, a jej oczy się rozszerzyły, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała.<br />
- Planuje wyjechać na weekend do Pensylwanii. Szukać kucyka dla Magdy. &#8211; Umilkła i popatrzyła na minę Victory. &#8211; Tak będzie lepiej, naprawdę. W zeszłym tygodniu Tyler zrobił kupę w majtki, a to się nie zdarzyło od ponad trzech lat&#8230;<br />
Victory ze zrozumieniem kiwała głową. Pewnie lepiej dla Wendy, że Shane wrócił, nawet jeśli był męską odmianą snobistycznej, bogatej i zepsutej gospodyni domowej. Poza samym sobą interesowali go jedynie znani ludzie, których poznawał przez Wendy, a także wspaniałe przyjęcia oraz modne kurorty, gdzie jeździli na wakacje, oraz chwalenie się kosztami tego wszystkiego, co było tym bardziej irytujące, że wiódł boskie życie, choć w żaden sposób na nie nie zapracował. Nawet w restauracji Wendy zawsze za niego płaciła. Podobno ktoś poprosił kiedyś Shane&#8217;a o pięć dolarów na napiwek, a Shane wzruszył ramionami i odparł beztrosko: „Wybacz, nie mam ani grosza”.<br />
- Nie miał nawet pięciu dolarów! &#8211; wykrzyknęła Nico z niedowierzaniem. &#8211; Za kogo on się uważa? Za królową?<br />
Nico i Victory zgodnie stwierdziły, że najgorzej Shane zachował się na swoich zeszłorocznych urodzinach. Wendy kupiła mu skuter marki Vespa i kazała dostarczyć go do Da Silvano, gdzie zorganizowała przyjęcie urodzinowe. Planowanie wszystkiego musiało jej zająć wiele godzin, ale znakomicie wywiązała się z zadania. Gdy w sali pojawił się tort, przed restauracją przystanęła biała ciężarówka z napisem Vespa Motors, drzwi z tyłu się otworzyły i wyłoniła się vespa Shane&#8217;a przewiązana czerwoną wstążką. Wszyscy w restauracji zaczęli wiwatować, ale Shane nie był zadowolony. Vespa miała jasnoniebieski kolor, a on oświadczył bezczelnie:<br />
- Cholera, Wen, chciałem czerwoną.<br />
Wendy zawsze jednak powtarzała, że Shane to wspaniały ojciec (czasem nawet skarżyła się, że zbyt wspaniały i dzieci zawsze domagają się jego, nie jej, przez co czuła się jak frajerka) i lepiej, żeby dzieci miały tatę w domu. Wobec tego Victory powiedziała:<br />
- To wspaniale, że przyjęłaś go z powrotem, Wen. Tak trzeba.<br />
Wendy nerwowo skinęła głową. Zawsze się niepokoiła w trakcie kręcenia ważnego filmu, ale teraz była szczególnie podminowana.<br />
- Poprawił się &#8211; powiedziała, jakby chcąc przekonać samą siebie. &#8211; Może ta terapeutka pomaga.<br />
Victory umierała z ciekawości, ale w tej samej chwili zadzwonił jej telefon.<br />
- Dobrze się bawisz? &#8211; zagruchał Lyne Bennett.<br />
Victory rozejrzała się wokół. Lyne siedział dwa stoliki dalej, razem z opasłym miliarderem George&#8217;em Paxtonem. Obaj popatrzyli na nią i pomachali.<br />
- Witaj. &#8211; Nawet nie była niezadowolona. Nie widzieli się co najmniej od tygodnia, ze względu na nadmiar obowiązków.<br />
- George chce wiedzieć, czy przyjmiemy zaproszenie do jego domu w St. Tropez &#8211; oświadczył Lyne niskim, przyjemnym głosem.<br />
- Nie mogłeś podejść i spytać mnie osobiście?<br />
- Tak jest bardziej seksownie.<br />
Victory parsknęła śmiechem i przerwała połączenie.<br />
„Jestem zajeta, pamietasz? Pokaz mody”, napisała w esemesie.<br />
Odwróciła się do Wendy. Rozmawiały przez kilka minut, po czym telefon Victory znów zadzwonił.<br />
- Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że nie znam się na esemesach &#8211; oświadczył Lyne.<br />
- Upośledzony technicznie, co? Cieszę się, że istnieje coś, na czym się nie znasz.<br />
- Nie chcę się znać.<br />
- Może poprosisz Ellen, żeby ci pisała esemesy? &#8211; Victory odwróciła głowę, żeby Wendy nie widziała jej uśmiechu. Znów się rozłączyła.<br />
Wtedy zadzwoniła komórka Wendy. Podniosła ją i spojrzała na numer. Dzwonili z jej biura.<br />
- To on &#8211; powiedziała ponuro.</p></blockquote>
<p>Poniżej zamieszczam jeszcze notkę o książce <strong>Seks w wielkim mieście.</strong><br />
<a href="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/seks-w-wielkim-miescie111.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-2170" title="seks-w-wielkim-miescie" src="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/seks-w-wielkim-miescie11-150x150.jpg" alt="" width="150" height="150" /></a></p>
<blockquote><p>Witamy w wieku braku niewinności. Zapraszamy do świata, gdzie panują niekiedy szokujące, a często zabawne zwyczaje dobierania się w pary. Korzystając z doświadczeń zdobytych podczas pisania dowcipnych, a czasami brutalnie szczerych felietonów do kolumny towarzyskiej &#8222;New York Observera&#8221;, Candace Bushnell wprowadza nas między młodych i pięknych, którzy włóczą się po przyjęciach, barach i klubach, rozpaczliwie usiłując znaleźć wyśnioną drugą połowę. Czytaliście o nich wiele razy. Teraz przeniknijcie poza błyszczące stronice czasopism i poznajcie prawdę. Bohaterka Seksu w wielkim mieście, dziennikarka Carrie Bradshaw jest uważana za bliską krewną Bridget Jones oraz Ally McBeal. Mimo, że bardziej perwersyjna, podobnie jak one, w głębi duszy jest niepoprawną romantyczką, szukającą swego księcia z bajki.</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/szminka-w-wielkim-miescie-candace-bushnell/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Droga do prawdy. Autobiografia, Lech Wałęsa, Świat Książki</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 25 Nov 2008 11:53:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[autobiografia]]></category>
		<category><![CDATA[biografia]]></category>
		<category><![CDATA[Droga do prawdy Autobiografia]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[Lech Wałęsa]]></category>
		<category><![CDATA[Świat Książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1689</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki">Droga do prawdy. Autobiografia, Lech Wałęsa, Świat Książki</a></p><p>Lech Wałęsa w książce Droga do prawdy. Autobiografia wydawnictwa Świat Książki tworzy swoją biografię od roku 1970. Droga do prawdy. Autobiografia przedstawia wszystkie najważniejsze wydarzenia,&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki">Droga do prawdy. Autobiografia, Lech Wałęsa, Świat Książki</a></p><p><strong>Lech Wałęsa</strong> w książce <strong>Droga do prawdy. Autobiografia</strong> wydawnictwa <a title="Świat Książki" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/swiat-ksiazki/" target="_self">Świat Książki</a> tworzy swoją biografię od roku 1970. Droga do prawdy. Autobiografia przedstawia wszystkie najważniejsze wydarzenia, w których uczestniczył prezydent. Lech Wałęsa i Danuty Wałęsa spoglądają wstecz i opowiadają swoją historię. Ciekawy jest też wstęp Arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, który przedstawia nam Lecha Wałęsę jako &#8222;człowieka, który działa w prawdzie&#8221;. W książce Droga do prawdy. Autobiografia znajdziemy płytę DVD z materiałami Polskiej Kroniki Filmowej.</p>
<p>Droga do prawdy. Autobiografia, Lech Wałęsa &#8211; <a title="fragment Droga do prawdy. Autobiografia" href="http://www.swiatksiazki.pl/wcsstore/SwiatKsiazki/Attachment/6459.pdf" target="_blank">fragment</a>:</p>
<blockquote><p>Słowo wstępne<br />
To były pewnie lata 60. W Domu Katolickim w Oliwie odbywało się spotkanie na temat postawy, jaką<br />
winien zająć chrześcijanin w róŜnych sytuacjach. Uczestniczyli w nim przedstawiciele wielu<br />
środowisk. Podkreślam datę &#8211; było to przed 1970 rokiem. Jednym z tych, którzy zabierali głos, był<br />
młody człowiek, który zwrócił na siebie moją uwagę prostą, jednoznaczną wypowiedzią. Spytałem<br />
nawet księdza prowadzącego to spotkanie, jak się nazywa ten pracownik Stoczni Gdańskiej. Nie<br />
wiedział, spytał więc kogoś innego, a ten powiedział: Lech Wałęsa. Nie nawiązałem bliŜszego<br />
kontaktu z Panem Lechem, ale jego nazwisko zapamiętałem. Później nastąpiła przerwa w moich<br />
kontaktach z WybrzeŜem, gdyŜ w latach 1969-1970 przebywałem w Rzymie, a następnie w latach<br />
1973-1982 pełniłem funkcję wizytatora Polskiej Prowincji Zgromadzenia KsięŜy Misjonarzy w<br />
Krakowie. Kilkanaście lat później przydała mi się ta informacja. Ale to był juŜ rok 1980. Pamiętam teŜ<br />
moją podróŜ samolotem z Warszawy do Krakowa latem 1981 roku. Uczestnicy podróŜy, pozostający<br />
pod wraŜeniem działań znanego juŜ Lecha Wałęsy, prosili go o autograf. Ja nie ośmieliłem się o to<br />
prosić. Ale Pan Lech sam okazał gotowość przekazania mi swego autografu, więc podałem Mu<br />
obrazek, który miałem w brewiarzu, a Lech Wałęsa napisał: „Ojcu z samolotu &#8211; Lech Wałęsa”.<br />
Wróciłem na WybrzeŜe Gdańskie kilka miesięcy po ogłoszeniu stanu wojennego, 18 lipca 1982 roku,<br />
by podjąć obowiązki rektora gdańskiego Seminarium Duchownego. Mimo tych przerw śledziłem<br />
wydarzenia albo bezpośrednio, np. w Grudniu 1970, albo z Krakowa. PrzecieŜ w Gdańsku spędziłem<br />
pierwsze lata po lubelskich studiach, gdy od roku 1960 do 1968 pracowałem w Oliwie. Od roku 1982<br />
jestem stale związany z Gdańskiem, a w marcu 1983 Jan Paweł II zamianował mnie biskupem<br />
pomocniczym w Gdańsku. Był to najpierw smutny czas stanu wojennego, zawieszonego, a następnie<br />
niby formalnie zniesionego. Pierwszy rok mojego posługiwania biskupiego zbiegł się z drugą wizytą<br />
Jana Pawła II do Ojczyzny. Ówczesny gdański biskup ordynariusz Lech Kaczmarek marzył, by<br />
Gdańsk w roku 1983 znalazł się na trasie papieskiej pielgrzymki. Niestety, komuniści powiedzieli, Ŝe<br />
to jest niemoŜliwe ze względu na niedawny stan wojenny. Ale Ojciec Święty robił wszystko, by<br />
podnieść naród z tego upokorzenia. Mówił o tym zdecydowanie zwłaszcza na Jasnej Górze w dniu 18<br />
czerwca 1983 roku. „Zaprosiliście do Was Chrystusa Zmartwychwstałego (&#8230;), który Ŝyje i zbawia.<br />
Chrystusa robotników, ludzi pracy w latach osiemdziesiątych naszego stulecia. Chrystusa, który staje<br />
przed nami i mówi: Pokój wam! Nie bójcie się! Chodźcie, posilcie się” (J 21, 12). Naród rozumiał, co<br />
oznaczają słowa: „Nie bójcie się”. Przed wyjazdem do Częstochowy na spotkanie z Ojcem Świętym<br />
otrzymałem wiadomość telefoniczną z Warszawy, iŜ mam w Częstochowie otrzymać informację<br />
Sekretariatu Stanu dotyczącą spotkania Ojca Świętego z Lechem Wałęsą. Okazało się, Ŝe jakieś<br />
kontakty episkopat &#8211; rząd na ten temat trwają, więc polecono mi, bym udał się do Poznania, gdzie po<br />
uroczystościach beatyfikacyjnych Sługi BoŜej Urszuli Ledóchowskiej otrzymam informację dotyczącą<br />
tej sprawy. Dowiedziałem się tam, Ŝe mam towarzyszyć panu Wałęsie w podróŜy do Krakowa na<br />
spotkanie z PapieŜem. Okazało się w czasie podróŜy helikopterem, Ŝe to nie będzie Kraków, lecz<br />
Zakopane, a w końcu schronisko w Dolinie Chochołowskiej. W czasie rozmowy Ojca Świętego z<br />
Wałęsą mogłem się przekonać o głębokim zainteresowaniu PapieŜa Polską, o bliskich więzach Ojca<br />
Świętego z Panem Lechem, który niezwykle wnikliwie przedstawił PapieŜowi sytuację w Polsce nie<br />
tylko w środowisku związkowym, ale we wszystkich dziedzinach Ŝycia Ojczyzny. Zapamiętałem, z<br />
jak wielkim szacunkiem zwracał się Pan Wałęsa do Ojca Świętego i wielkie zaufanie PapieŜa do<br />
otrzymanych informacji.<br />
Kościół miał świadomość, Ŝe musi zachowywać pełną autonomię państwa i Kościoła. Sytuacja w<br />
kraju była trudna. I dlatego, chroniąc bezpieczeństwo Lecha Wałęsy, trzeba było stworzyć mu<br />
moŜliwość utrzymania kontaktów, które nie miałyby charakteru działań konspiracyjnych,<br />
umoŜliwiłyby mu kontakty ze środowiskiem zewnętrznym. Z jednej strony chodziło o bezpieczeństwo<br />
spotkań w plebanii i zapleczu kościoła św. Brygidy, ale takŜe o moŜliwość stałych kontaktów z ludźmi<br />
ze środowiska politycznego i gospodarczego stolicy. Arcybiskup Bronisław Dąbrowski polecił mi,<br />
bym towarzyszył Panu Lechowi w tych spotkaniach ze względu na jego bezpieczeństwo. Początkowo<br />
spotkania miały się odbywać w moim mieszkaniu w Oliwie. Ostatecznie spotykaliśmy się na plebanii<br />
kościoła Mariackiego w Gdańsku. Gościnny ksiądz prałat Stanisław Bogdanowicz podejmował nas o<br />
godz. 14.45 obiadem (Pan Lech Wałęsa pracował do godziny 14.00), a następnie przez dwie godziny<br />
toczyły się rozmowy z róŜnymi ludźmi zaangaŜowanymi w Ŝyciu publicznym. Byli wśród nich<br />
panowie Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Ryszard Bugaj. Obawialiśmy się podsłuchów,<br />
więc często zmienialiśmy pomieszczenia. Trzeba przyznać, Ŝe obecność biskupa dawała uczestnikom<br />
tych spotkań poczucie bezpieczeństwa; władze nam nie przeszkadzały.<br />
Nie będę pisał o szczegółach związanych z wielką wizytą apostolską Ojca Świętego w Ojczyźnie i na<br />
WybrzeŜu w roku 1987, ale nie mogę pominąć spotkania z Panem Lechem Wałęsą i jego rodziną 11<br />
czerwca 1987 roku. Był późny wieczór, gdy Ojciec Święty przypłynął do Sopotu, następnie udał się<br />
do swej rezydencji w Oliwie. Była godz. 22.20. Do rezydencji papieskiej przybyła cała rodzina<br />
Wałęsów. Przeszło pół godziny trwała rozmowa dwóch wielkich Polaków w obecności sekretarza<br />
stanu, biskupa gdańskiego i księdza prałata Stanisława Dziwisza. Nie był to tylko grzecznościowy gest<br />
papieski, ale ciekawa rozmowa na tematy związane z Ŝyciem Ojczyzny, z jej radościami i<br />
niepokojami. Pan Lech wręczył Ojcu Świętemu swą ksiąŜkę Droga nadziei. Ci ludzie nigdy nie tracili<br />
nadziei, Ŝe Polska będzie wolna, Ŝe skończy się panowanie komunizmu w Polsce i w Europie. Na<br />
drugi dzień powiedział to prawie dosłownie Ojciec Święty do milionowej rzeszy rodaków, zebranych<br />
na Zaspie u stóp ołtarza w kształcie okrętu w budowie.<br />
Pomijam mój udział w pracach w Magdalence. To był bardzo waŜny etap najnowszej historii Polski.<br />
Tam człowiekiem opatrznościowym był właśnie Pan Lech. Uczestniczyłem w tych pokojowych<br />
zmaganiach o wolną Polskę, którym przewodniczył przywódca polskiej „Solidarności”. Tym, którzy<br />
usiłują podwaŜyć znaczenie tych rozmów, a nawet mówią o zdradzie, oświadczam: tam toczyła się<br />
walka o prawdę o komunizmie, podczas której często przypominano zbrodnie tego ustroju. Tam<br />
walczono o wolną Polskę. Tam robiono wszystko, by od systemu totalitarnego przejść do<br />
demokratycznego, suwerennego państwa. Liderem tych rozmów był Pan Wałęsa. Razem z księdzem<br />
Alojzym Orszulikiem, dziś biskupem seniorem łowickim, jestem tego świadkiem. Tych, którzy mówią<br />
inaczej, pytam: w jakim dziś państwie Ŝyjecie, a w jakim Ŝyliście przed rokiem 1989!<br />
Po krótkim, przykrym epizodzie prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego nadszedł moment<br />
przygotowania wyborów prezydenckich. Doświadczenie wyniesione z bezkrwawej walki i trudu<br />
organizowania NSZZ „Solidarność”, i to podwójnego, bo przecieŜ trzeba było wywalczyć ponowną<br />
rejestrację związku, wspólnie w gronie najbliŜszych osób wiosną roku 1989 udaliśmy się do Ojca<br />
Świętego. A potem przyszedł czas na wyłonienie kandydata na urząd prezydenta państwa. Moja cicha<br />
obecność w gronie osób, które czuły się odpowiedzialne za rozwój wypadków, skłoniła mnie wiosną<br />
1990 roku do zaproszenia do rezydencji papieskiej ludzi znaczących. Nie będę podawał ich nazwisk,<br />
bo wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. W gronie dziewięciu znaczących ludzi znalazł się oczywiście Pan<br />
Lech Wałęsa, który jednoznacznie dał do zrozumienia, Ŝe chciałby wziąć na siebie obowiązek<br />
doprowadzenia sprawy do końca, i to na stanowisku prezydenta państwa. Nie wszystkim się to<br />
podobało. I dlatego doszło do rozdźwięków w tym obozie. Przyszedł sierpień roku 1990. Włoscy<br />
przyjaciele wydzwaniali do mnie, bym uprosił Pana Lecha Wałęsę o przyjazd do Rimini na zjazd<br />
ruchu Comonione e Liberazione (Wspólnota i Wyzwolenie). Nie bardzo chciałem się w to mieszać,<br />
ale uległem i po pewnych trudnościach udało mi się skłonić Pana Lecha Wałęsę do wyjazdu do<br />
Włoch. Udaliśmy się do Rzymu małym samolotem przysłanym przez organizujące zjazd<br />
stowarzyszenie. Był to czas wojny w Zatoce Perskiej. Na lotnisku oczekiwało na Lecha Wałęsę moŜe<br />
z 200 dziennikarzy. Podczas konferencji prasowej Lech Wałęsa błyszczał. Zaprezentował się jako<br />
znakomity polityk, a przecieŜ był zdany sam na siebie, bo w czasie konferencji prasowej doradców nie<br />
ma. Do 20 tysięcy uczestników zjazdu wygłosił znakomity wykład. Ale najbardziej utrwaliło mi się w<br />
pamięci spotkanie z Ojcem Świętym w Castel Gandolfo. Po mszy świętej w prywatnej kaplicy Ojca<br />
Świętego &#8211; w której uczestniczyliśmy &#8211; spotkaliśmy się w małej jadalni w letniej rezydencji papieskiej.<br />
Prywatna rozmowa Ojca Świętego z Panem Lechem Wałęsą zapadła mi głęboko w pamięć. To była<br />
rozmowa dwóch największych w tym czasie Polaków, i to w trudnym okresie naszych dziejów. PapieŜ<br />
nie dawał Ŝadnych instrukcji, nie namawiał do Ŝadnych decyzji. Słuchał i odniósł się do róŜnych<br />
spraw: polskich, europejskich. Rozmawiali głównie o Polsce i o jej przyszłości. Tak! PapieŜ raczej<br />
słuchał Wałęsy. Ale sam teŜ duŜo mówił, przedstawiając problemy Ojczyzny w wymiarach<br />
historycznym i aktualnym. Słuchając tego wszystkiego, nie miałem wątpliwości, Ŝe Jan Paweł II<br />
niezwykle ceni tę nową wizję Polski, rodzącą się w momencie przełomu. I wierzył, Ŝe Lech Wałęsa<br />
moŜe i powinien dalej prowadzić sprawy, choć wyraźnie tego nie powiedział. Tym samym samolotem<br />
wracaliśmy do Polski. Byłem przekonany, Ŝe Pan Lech nie tylko nie Ŝałował, Ŝe przyjął zaproszenie<br />
moich włoskich przyjaciół, ale był im serdecznie wdzięczny.<br />
A potem były juŜ wybory. NajwaŜniejszy urząd w Rzeczypospolitej objął człowiek, który na trwałe<br />
wpisał się w nasze dzieje. W chwili objęcia urzędu prezydenckiego przez Lecha Wałęsę zamknął się<br />
rozdział naszych kontaktów. Przedstawiciele Kościoła nie powinni wpływać na kierunek rządów w<br />
państwie, gdyŜ obie strony na tym tracą. Autonomia państwa i Kościoła to wielka sprawa, która<br />
wymaga bezwzględnego przestrzegania, o czym mówi nawet nasz Konkordat.<br />
Arcybiskup Tadeusz Gocłowski<br />
Gdańsk, 8 maja 2008 roku</p></blockquote>
<p>Powiedzieli o Lechu Wałęsie na okładce książki:</p>
<blockquote><p><strong>Danuta Wałęsa:</strong> Nie myślałam, że będę żoną legendarnego przywódcy, prezydenta, noblisty, że będę miała ośmioro dzieci. Jednak w całym życiu miałam szczęście do dobrych ludzi na swojej drodze, którzy mi pomogli. Opatrzność czuwała nade mną. Nawet w snach nie wymarzyłabym sobie takiego życia. Ja potrzebuję bodźców do życia, ja żyję, kiedy przeży­wam emocje. Życie z tym człowiekiem, wszystko, co się działo, dawało bodźce. Choć były chwile dramatyczne.<br />
<strong>Vaclav Havel:</strong> To było fascynujące, że moi przyjaciele Michnik, Kuroń, Lityriski, Bujak i inni są najbliższymi współpracownikami i doradcami Lecha Wałęsy. Wielkie moralne wsparcie i satysfakcja pozwalały przeczuwać początek końca całego systemu totalitarnego.<br />
<strong>Michaił Gorbaczow:</strong> Wystąpienia Lecha zawsze wyróżniają się szczerością, niepowtarzalnym kolorytem, szerokim podejściem do międzynarodowych, a przede wszystkim europejskich problemów.<br />
<strong>Shimon Peres:</strong> Lech Wałęsa zapoczątkował historyczny proces, który ukształtował nową Pol­skę i stał się katalizatorem ważnych wydarzeń w całym postkomunistycznym świecie.<br />
<strong>Kard. Stanisław Dziwisz:</strong> Przeciwny spotkaniu Papieża z Wałęsą był generał Wojciech Jaruzelski. Papież jednak stanowczo podkreślił, że bez spotkania z Wałęsą nie będzie żad­nej pielgrzymki.<br />
<strong>Bronisław Geremek:</strong> Lech Wałęsa jako działacz i polityk, bo się nim stał, odgrywał rolę historyczną, tej roli nikt nie jest w stanie mu odebrać i pomniejszyć.<br />
<strong>Zbigniew Bujak:</strong> Lech uniknął ekstremizmów, a nawet panował nad nimi i zarazem nie ska­pitulował. Czas internowania i konspiracji to zwycięstwo jego hartu ducha nad tajnymi służbami zdolnymi do każdej podłości.</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/droga-do-prawdy-autobiografia-lech-walesa-swiat-ksiazki/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Afrykanin, Jean-Marie Gustave Le Clezio, Cyklady</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 21 Nov 2008 12:24:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Afrykanin]]></category>
		<category><![CDATA[biografia]]></category>
		<category><![CDATA[Cyklady]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[le clezio]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1580</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady">Afrykanin, Jean-Marie Gustave Le Clezio, Cyklady</a></p><p>Afrykanin, Jean&#8217;a-Marie Gustave&#8217;a Le Clezio to powrót do czasów dzieciństwa w Afryce. Książka Afrykanin to autobiografia i zarazem baśń, ponieważ przedstawia Nigerię jako krainę, która&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady">Afrykanin, Jean-Marie Gustave Le Clezio, Cyklady</a></p><p><strong>Afrykanin</strong>, <strong>Jean&#8217;a-Marie Gustave&#8217;a <a title="Le Clezio" href="http://blogksiazki.pl/tag/le-clezio/" target="_self">Le Clezio</a></strong> to powrót do czasów dzieciństwa w Afryce. Książka Afrykanin to autobiografia i zarazem baśń, ponieważ przedstawia Nigerię jako krainę, która nie znała wojen, epidemii ani głodu. Autor, Le Clezio był w Afryce razem z ojcem, który odbywał tam praktykę medyczną. Nigeria była wtedy zależna od Imperium Brytyjskiego więc bohater mógł cieszyć się luksusem życia&#8230;</p>
<blockquote><p>&#8222;To do Afryki nieustannie wracam, do swojej dziecięcej pamięci. Do źródła moich uczuć i decyzji. Świat się zmienia, to prawda, i ten chłopiec, który tam stoi pośród bezkresu wysokich traw, w gorącym podmuchu niosącym zapachy sawanny i przenikliwe odgłosy lasu, który czuje na wargach wilgoć nieba i chmur &#8211; jest ode mnie tak daleko, że żadna opowieść, żadna podróż nie pozwoli mi się z nim połączyć&#8221;.</p></blockquote>
<p>Ta poetycka opowieść, naładowana ogromnym ładunkiem emocji, jest od dawna wyczekiwanym świadectwem, stanowi bowiem najbardziej osobisty tekst, jaki wyszedł spod pióra tegorocznego noblisty. Jest niewątpliwie kluczem do zrozumienia pisarza, jego światopoglądu i literackich wyborów.</p>
<p>Sporo miejsca poświęca Le Clézio niezwykłej postaci swojego ojca &#8211; tytułowego &#8222;Afrykanina&#8221; &#8211; który ponad dwadzieścia lat życia poświęcił Afryce. Poznał tam tysiące ludzi, wielu pomógł przyjść na świat, innym towarzyszył w ostatniej drodze. Był jedynym białym człowiekiem i jedynym lekarzem w regionie Cross River, leczył tubylców zajmując się dosłownie wszystkim &#8211; od odbierania porodów do przeprowadzania sekcji zwłok. A przy tym namiętnie fotografował, utrwalał swoją leicą miejsca i ludzi, żeby nic nie odeszło w zapomnienie.</p>
<blockquote><p>&#8222;Miał wtedy trzydzieści dwa lata, był człowiekiem zahartowanym przez dwa lata służby medycznej w tropikalnej Ameryce, wiedział, co to choroby i śmierć, ocierał się o nie codziennie, lecząc nagłe przypadki, pozbawiony jakiejkolwiek ochrony. [...] Ale w tym regionie wojna toczy się bez przerwy, wojna między ludźmi, wojna z biedą, wojna ze złym traktowaniem i korupcją, odziedziczonymi po czasach kolonialnych, a przede wszystkim wojna z mikrobami&#8221;.</p></blockquote>
<p>Sam Le Clézio dopiero w wieku 64 lat postanowił &#8222;odnaleźć&#8221; swego dalekiego ojca, spojrzeć mu w twarz i utrwalić jego postać na papierze. Przy okazji odtworzył własną podróż inicjacyjną, rozpoczętą w dzieciństwie, która uczyniła z niego pisarza:<br />
W roku 1948 Francja dźwiga się z powojennej ruiny, liczy poległych, osądza kolaborantów. Jean-Marie ma osiem lat, kiedy razem z bratem i matką odwraca się od starej Europy i porzuciwszy dom w Nicei, wsiada na pokład holenderskiego statku płynącego do Port Harcourt w Nigerii. Czeka na nich ojciec, od wielu lat piastujący tam posadę lekarza (zatrudniony przez brytyjską armię). Podczas wojny ojciec bezskutecznie usiłował przedostać się do okupowanej Francji, aby zabrać żonę i dzieci do siebie. Zatrzymany w pół drogi, musiał wracać do Nigerii. Toteż całą wojnę przeżył w Afryce sam, odcięty od ogarniętej wojną Francji, bez wieści o swojej rodzinie, bez możliwości niesienia bliskim pomocy.<br />
Podróż małego Le Clézia do Afryki zdaje się nie mieć końca. Statek płynie wzdłuż tajemniczych brzegów, przez otwarty bulaj chłopiec wdycha gorący powiew nowego kontynentu wyobrażając sobie, że trafił do tropikalnego raju. W szkolnym kajecie zaczyna pisać dwie pierwsze powieści, w których opisuje Afrykę, chociaż nie postawił jeszcze stopy na lądzie. Na wybrzeżu czeka na niego mężczyzna &#8222;zniszczony, przedwcześnie postarzały w równikowym klimacie, nadpobudliwy z powodu teofiliny łagodzącej jego ataki astmy, zgorzkniały wskutek samotności wojennych lat przeżytych w odcięciu od świata&#8221;. Ten niepokojący obcy człowiek jest jego ojcem.<br />
Lata okupacji i biedowania w ciasnym nicejskim mieszkaniu sprawiają, że dla ośmioletniego chłopca &#8211; mimo ojcowskich wymagań i surowej dyscypliny &#8211; Afryka oznacza wolność i niemal nieograniczoną swobodę. Wszystkiego jest tu w nadmiarze: słońca, burz, deszczu, roślinności i owadów. Oszałamiają go gwałtowność pór roku, imponujący bezwstyd ciał, gonitwy na bosaka po sawannie, zuchwałe wyprawy na kopce termitów, bezmiar trawiastej równiny, w otoczeniu tropikalnych lasów, ziszczone marzenia o byciu małym dzikusem. Taka Afryka musiała naznaczyć go na zawsze.<br />
Po przejściu na emeryturę ojciec zabiera rodzinę z powrotem do Francji. Ale nie chce być Europejczykiem, bo zbyt długo identyfikował się z Czarnym Lądem, a ponadto dwadzieścia dwa lata wpoiły mu głęboką nienawiść do kolonializmu pod każdą postacią. Z czasem zapada w jakąś uporczywą niemotę, która towarzyszy mu do śmierci. Zapomina nawet, że był lekarzem, że kiedyś wiódł pełne przygód, heroiczne życie. Głęboko rozczarowany, zmarł w roku, kiedy pojawił się AIDS. Zdążył już zrozumieć, że kolonialne mocarstwa spychają wyeksploatowany przez siebie kontynent w niepamięć.<br />
Po wielu latach sam Le Clézio porzuca Francję, zamieszkując z dala od &#8222;cywilizacji&#8221; i unosząc z sobą niezapomnianą fascynację tamtym kontynentem:</p>
<blockquote><p>&#8222;A jednak czasami, wędrując na los szczęścia ulicami miasta i mijając wejście do budynku w budowie poczuję chłodny zapach świeżo wylanego cementu &#8211; jestem w chacie w Abakaliki, wchodzę do mrocznego prostopadłościanu swojego pokoju i widzę za drzwiami dużą niebieską jaszczurkę, którą nasza kotka zadusiła i przyniosła mi na powitanie. Albo w chwili gdy się tego najmniej spodziewam, owiewa mnie zapach wilgotnej ziemi naszego ogrodu w Ogoja, kiedy monsun przetacza się po dachu domu i marszczy powierzchnię strumyków barwy krwi na spękanej ziemi. Słyszę nawet przebijającą się przez warkot samochodów stojących w korku na ulicy łagodną i przejmującą muzykę rzeki Aija&#8221;.</p></blockquote>
<p><strong>Afrykanin, Jean-Marie Gustave Le Clezio &#8211; fragment:</strong></p>
<blockquote><p>Afryka zaczęła się dla mojego ojca, gdy postawił stopę w Akrze na Złotym Wybrzeżu. Charakterystyczny obrazek z kolonii: ubrani na biało europejscy pasażerowie w kaskach tropikalnych zdejmowani z pokładu w koszu i przewożeni na ląd pirogą przez czarnych wioślarzy. W tej Afryce nie można się czuć zbyt wyobcowanym: wąski pas lądu wzdłuż wybrzeża od cypla Senegalu do Zatoki Gwinejskiej znany jest wszystkim przybyszom z metropolii, przyjeżdżającym tu, żeby robić interesy i prędko się wzbogacić. Społeczność, w niecałe pół wieku podzielona na kasty, usankcjonowała zastrzeżone enklawy i zakazy, przywileje, nadużycia i profity. Bankierzy, przedstawiciele handlowi, wojskowi i cywilni administratorzy, sędziowie, policjanci i żandarmi. Wokół nich w wielkich miastach portowych &#8211; Lome, Kotonu, Lagos, tak samo jak w Georgetown w Gujanie &#8211; powstała strefa czysta i luksusowa, z nieskazitelnymi trawnikami i polami golfowymi, pałacami pełnymi stiuków i cennego drewna w rozległych gajach palmowych, nad brzegami sztucznych jezior, jak dom szefa służby medycznej w Lagos. Następny krąg tworzyli kolonizowani ze swoją skomplikowaną drabiną społeczną, taką jak opisana przez Rudyarda Kiplinga w Indiach, a przez Ridera Haggarda w Afryce Wschodniej. Warstwa służby, elastyczny bufor pośredników, kancelistów, chłopców do wszystkiego, szauszów i szokrów (określeń nie brakuje!) &#8211; ubranych na wpół po europejsku, noszących buty i czarne parasole. Zewnętrzny krąg stanowi niezmierzony ocean Afrykanów, którzy ludzi Zachodu znają tylko z rozkazów i prawie nierealnego widoku czarnego samochodu mknącego pędem w tumanie kurzu z głośnym trąbieniem przez ich dzielnice i wioski.<br />
Takiego obrazu ojciec nie znosił. On, który zerwał z Mauritiusem i kolonialną przeszłością, drwił z plantatorów i ich wyniosłych manier, on, który uciekł od konformizmu angielskiego społeczeństwa, bo o wartości człowieka świadczy tam jego wizytówka, po czym pływał dzikimi rzekami Gujany, opatrując, zszywając i pielęgnując poszukiwaczy diamentów i niedożywionych Indian &#8211; taki człowiek musiał dostawać mdłości na widok kolonialnego świata i jego aroganckiej niesprawiedliwości, jego cocktail parties i golfistów w garniturach, służby, hebanowych kochanek, piętnastoletnich prostytutek wprowadzanych kuchennymi drzwiami, oficjalnych żon omdlewających od upału i wyładowujących swoje żale na służących o byle rękawiczki, o kurz, o stłuczony talerz.<br />
Czy o tym mówił? Skąd się u mnie wzięła instynktowna odraza, jaką od dziecka budził we mnie system kolonialny? Pewnie zasłyszałem jakieś słowo, uwagę, opowieść o śmiesznostkach administratorów, takich jak district officer z Abakaliki, do którego ojciec mnie czasem zabierał &#8211; mieszkający pośród sfory pekińczyków karmionych polędwicą wołową i ciasteczkami, a pojonych wyłącznie wodą mineralną. Albo opowieści o wielkich białych, którzy poruszali się karawanami, polując na lwy i słonie ze sztucerami z lunetą i kulami dum-dum, a gdy natknęli się na ojca gdzieś na końcu świata, brali go za organizatora safari i pytali, czy nie widział gdzieś dzikich zwierząt, na co on odpowiadał: &#8222;Jestem tu od dwudziestu lat, ale nie widziałem jeszcze żadnego, chyba że ma pan na myśli sępy i węże&#8221;. Albo ten district officer z Obudu na granicy Kamerunu, którego bawiło, gdy kazał mi dotykać czaszek zabitych przez siebie goryli i pokazywał wzgórza za domem, twierdząc, że wieczorami słychać dudnienie, którym prowokują go wielkie małpy, uderzając we własne piersi. A szczególnie uparcie prześladował mnie ujrzany na drodze do kąpieliska w Abakaliki widok gromady czarnych więźniów w kajdanach, maszerujących miarowym krokiem pod eskortą policjantów z karabinami.<br />
A może sprawiło to spojrzenie mojej matki na kontynent tak nowy i zarazem tak poniewierany przez nowoczesny świat? Nie przypominam sobie, co nam mówiła, gdy opowiadała mnie i bratu o kraju, w którym mieszkała z ojcem i w którym mieliśmy kiedyś do niego dołączyć. Wiem tylko, że kiedy zdecydowała się wyjść za ojca i wyjechać z nim do Kamerunu, jej paryskie przyjaciółki dziwiły się: &#8222;Co, do tych dzikusów?&#8221;, a ona, po wszystkim, co od niego usłyszała, mogła odpowiedzieć tylko: &#8222;Nie są bardziej dzicy niż Paryżanie!&#8221;.</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/afrykanin-jean-marie-gustave-le-clezio-cyklady/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sąd wojenny, Sven Hassel &#8211; fragment</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Nov 2008 13:28:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Erica]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[Sąd wojenny]]></category>
		<category><![CDATA[Sven Hassel]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1569</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment">Sąd wojenny, Sven Hassel &#8211; fragment</a></p><p>Dzięki uprzejmości wydawnictwa Erica, zamieszczam fragment książki Sąd wojenny Sven&#8217;a Hassel&#8217;a: Świadkowie przy szopie wyciągnęli szyje jak kury, które wypatrują jastrzębia na niebie. Padre ponownie&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment">Sąd wojenny, Sven Hassel &#8211; fragment</a></p><p>Dzięki uprzejmości wydawnictwa <a title="Erica" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/erica/" target="_self">Erica</a>, zamieszczam fragment książki <a title="Sąd wojenny, Sven Hassel" href="http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-erica/2008/11/19/" target="_self">Sąd wojenny Sven&#8217;a Hassel&#8217;a</a>:</p>
<blockquote><p>Świadkowie przy szopie wyciągnęli szyje jak kury, które wypatrują jastrzębia na niebie. Padre ponownie ruszył w naszym kierunku, ale gdy był w połowie drogi, zrezygnował z kolejnej misji i zawrócił.<br />
Było już prawie ciemno, kiedy przyjechał samochód terenowy. Za nim nadjechała ciężarówka i zamknięty transporter opancerzony. Na samym końcu na wzgórze wdrapały się trzy motocykle żandarmerii z bocznymi przyczepkami.<br />
– No, wreszcie przyjechali – powiedział Porta i wyciągnął szyję, podobnie jak gęś wypatrująca córki farmera z pokarmem.<br />
– Niech to diabli – mruknął Stary ze złością, poprawiając ekwipunek. – Wstawać, chłopaki! Zakładać hełmy! Chwytajcie za broń! I trójkami! Ruszamy na żniwa. Ten przeklęty major będzie nas popędzać całą drogę przez Morellenschlucht. Spójrz na siebie, Mały!<br />
– Popatrz – odrzekł zaskoczony Mały, któremu hełm cały czas zwisał z tyłu karku. – Wiem, że nie jestem ładny, ale też nigdy nie byłem.<br />
– Popraw ekwipunek i załóż porządnie hełm – krzyknął rozgniewany Stary.<br />
Rozmowy między świadkami przy szopie umilkły. Każdy z nich patrzył na pojazdy, które zatrzymały się na wrzosowisku.<br />
– Oddział, baczność! – zakomenderował Stary i zasalutował majorowi.<br />
– Wszystko w porządku?<br />
– Tak jest, panie majorze!<br />
– Czy ludzie od propagandy i gapie przybyli? – spytał major, obrzucając wzrokiem grupkę stojących przy szopie.<br />
– Nie, panie majorze, nie widziałem ich.<br />
– Bydlaki – warknął oficer, plując gniewem. – Przecież skazańcy poumierają nam na serce, jeśli będą dalej czekać obok swoich trumien. Muszą stanąć jednocześnie na miejscach straceń. Tak jest najłatwiej. Ustawimy ich od lewej do prawej.<br />
– A strzał miłosierdzia? – spytał Stary, czując rodzący się strach.<br />
Major spojrzał na niego badawczo.<br />
– Aż cię skręca w brzuchu, co Feldweblu? Nie martw się, ja się tym zajmę. Ty dowodzisz oddziałem i nie ma przerw między rozkazami. Ruszaj. Jeden ruch zamka w karabinie, przeładowanie i zabezpieczenie broni natychmiast po pierwszej salwie. Potem ponowne celowanie. Zrozumiano?<br />
– Tak jest! – odpowiedział Stary grobowym głosem, przełykając ślinę.<br />
Potężne reflektory zostały skierowane na ustawione pionowo podkłady kolejowe, które służyły jako miejsca straceń.<br />
Major rzucił dwa sznury w stronę Gregora, który miał być trzecim członkiem grupy krępującej więźniów.<br />
– Jeśli coś by się wydarzyło poza przewidzianym programem – powiedział zawzięcie major – ten oddział jest pod moją komendą. I jeśli dam rozkaz strzelać, to macie strzelać, nie patrząc, czy przed wami stoi kapłan, czy generał, czy jeszcze ktoś inny.<br />
Wziął głęboki oddech, starł śnieżną breję z brutalnej twarzy i popatrzył ponownie na szopę.<br />
– Nigdy nie wiadomo, co za świadkowie tutaj przychodzą.<br />
Dwie ciemnoszare salonki mercedesa, luksusowe samochody z proporczykami dowództwa na błotnikach przejechały przez wrzosowisko. Ich reflektory oświetliły transporter kołowy podobny do ambulansu. W melancholijnym świetle zmierzchu pojawiły się generalskie insygnia.<br />
– Chroń nas – jęknął nerwowo Stary. – Jesteśmy w niezłym towarzystwie. Kogo tym razem będziemy wysyłać w daleką podróż?<br />
– Nacht und Nebel – odpowiedział ponuro Gregor.<br />
Słychać było głośne rozmowy generałów i osób towarzyszących. Otoczył nas aromat drogich cygar.<br />
Ludzie od propagandy zaczęli robić zdjęcia. Flesze rozsyłały oślepiające błyski.<br />
Obserwatorzy przy szopie zniknęli. Jakiś pułkownik puścił w obieg piersiówkę z alkoholem.<br />
Nadszedł major i wręczył Staremu cztery kawałki białego materiału.<br />
– Znaczniki celów – powiedział krótko. – Jak tylko kryminaliści zostaną przywiązani do słupów, zawiążcie im to wokół szyi.<br />
– Będzie aż czterech? – zapytał Stary ze zdziwieniem.<br />
– Tak, ostatni już jedzie – roześmiał się major, pokazując na transporter opancerzony kołyszący się poniżej wzgórza.<br />
Stary zrobił się blady. Cztery egzekucje dla jednego oddziału! Cóż za paskudne zadanie!<br />
– Co za diabelska pogoda – powiedział major i popatrzył na groźne, nisko wiszące chmury. – Czy padało tutaj cały czas?<br />
– Tak, panie majorze. Śnieg i deszcz, robiło się coraz zimniej – powiedział Stary, spoglądając gdzieś ponad wrzosowiskiem.<br />
Oficer postawił kołnierz, skinął posępnie głową i popatrzył na oddział propagandowy, który nadal robił zdjęcia.<br />
– Gdybym nie był za to odpowiedzialny – powiedział niemal delikatnie – to chciałbym zobaczyć, jak rozstrzeliwujecie tamte świnie.<br />
Następnie zerknął na zegarek i zwrócił się do Heidego.<br />
– Wiecie, jak ich związać? Za dziesięć minut pojawią się główni zainteresowani!<br />
Dlaczego właśnie za dziesięć minut, nie wyjaśnił nam.<br />
W środku szopy rozdzwonił się telefon.<br />
– Jeśli zdecydowali się dosłać jeszcze kogoś – powiedział Stary z przygnębieniem – niech sobie znajdą innego dowódcę oddziału.<br />
– En avant, marche. Bez głupstw – ostrzegł go Legionista.<br />
Idąc długim krokiem, major powrócił z szopy.<br />
– Oddział zabezpieczenia, marsz – rozkazał głośno.<br />
Heide ruszył sprawnie w stronę więźniarki, dokładnie cztery kroki za majorem. Trzymał dwa konopne sznury z regulaminową precyzją.<br />
– Na jego widok chce mi się rzygać – powiedział Gregor z pogardą, wsadzając sznury za pas.<br />
– Nie powinniśmy już iść? – spytałem Gregora, który nie ruszał się z miejsca.<br />
– Niech powtórzy rozkaz – powiedział mój towarzysz. – Im później go wykonamy, tym dłużej ci biedacy pożyją.<br />
– Nie sądzę, aby specjalnie ci za to podziękowali.<br />
– Co z wami do diabła! – ryknął major, gdy się odwrócił i zobaczył, że stoimy cały czas w tym samym miejscu. – Myślicie, że już czas do łóżka? Podwójny krok, marsz!<br />
Zaczęliśmy dreptać w stylu przypominającym krok podwójny. Niosłem sznury w lewej ręce. Nie ośmieliłem się wsadzić ich za pas, jak zrobił to Gregor.<br />
Major otworzył tylne drzwi więźniarki specjalnym kluczem. Dwóch podoficerów od saperów stało z odbezpieczonymi schmeisserami.<br />
Trzech więźniów, skutych razem, siedziało na poprzecznej ławce. Cała podłoga była grubo pokryta trocinami. Z boku leżały trzy papierowe worki, do jakich rzeźnicy pakują świńskie tusze.<br />
Major przyciął sobie palce drzwiami, co wywołało strumień przekleństw. Deszcz spływał mu ze stalowego hełmu na skórzany płaszcz.<br />
– Cholerne gówno – warknął i wsunął się bokiem przez drzwiczki, aby rozkuć skazańców.<br />
– Wynocha – rozkazał, niemal wypychając biedaków.<br />
Trzej skazańcy ruszyli, potykając się, wzdłuż pojazdu. Rozglądali się nerwowo. Zimne i ostre powietrze cięło ich cienkie czerwone bluzy.<br />
Z ledwością powstrzymywałem wymioty. Zapragnąłem z powrotem znaleźć się na froncie. Pieprzę taką robotę.<br />
Czwartego skazańca major przyprowadził osobiście. Oficer był grzeczny i usłużny.<br />
– Tędy, panie generale – powiedział, wskazując mu pal śmierci.<br />
Patrzyliśmy zdziwieni na więźnia. To generał ma być rozstrzelany! Wyprostowaliśmy grzbiety.<br />
Szacunek dla takiej rangi siedział w nas głęboko.<br />
Heide wypiął pierś, położył ręce na ramionach młodziutkiego skazańca i krzyknął paraliżującym głosem:<br />
– Jeśli spróbujesz uciekać, użyję broni! – napiął zamek pistoletu, aby podkreślić groźbę.<br />
– Ty pieprzona cipo – splunął z pogardą Gregor.<br />
Heide posłał mu groźne spojrzenie i delikatnie podniósł P 38. Przez chwilę wydawało się, że chce zastrzelić Gregora.<br />
– Nie możesz oszczędzić nam swojej prywatnej wojny do czasu, gdy już wszystko będzie załatwione? – spytał grzecznie jeden z więźniów.<br />
Poznaliśmy go. To był nasz pułkownik z frontu arktycznego.<br />
Heide pochylił głowę i schował pistolet do kabury.<br />
Blisko siebie przeszliśmy przez wrzosowisko.<br />
Śledziły nas zaciekawione spojrzenia ludzi zgromadzonych wokół szopy. Czuliśmy zapach dymu z drogich cygar.<br />
Ludzie z propagandy znowu przygotowali kamery. Przepychają się przed miejscem straceń, klnąc jeden na drugiego.<br />
Szedłem obok Feldwebla z Luftwaffe. Za nami Gregor z pułkownikiem.<br />
– Uciekaj, jeśli potrafisz, panie pułkowniku – szeptał Gregor, popychając delikatnie oficera. – To tylko sto metrów do tamtych drzew, a nikt z naszego oddziału nie będzie celnie do pana strzelał.<br />
– Masz naprawdę żywą wyobraźnię, podoficerze – mruknął niskim głosem pułkownik. – A dokąd radziłbyś mi uciekać?<br />
– Ale kupa gówna – westchnął z rezygnacją Gregor. – Do dzisiaj lubiłem armię. A teraz to się zmienia. Odtąd albo oni, albo ja!<br />
– Raczej oni – uśmiechnął się pułkownik niemal z humorem.<br />
– Ta cholerna armia jeszcze zobaczy – syknął Gregor i kopnął z wściekłością kępę wrzosów w stronę zgromadzonych świadków.<br />
– Masz papierosy? – spytał mnie Feldwebel z Luftwaffe.<br />
Przypaliłem jednego i dałem mu. Zaoferowałem mu całą paczkę.<br />
– Miło z twojej strony, ale nie będę miał tyle czasu, aby je wypalić.<br />
Częstowanie skazańców papierosami było surowo zabronione, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Nawet nie zaprzątałem sobie głowy, czy widział to major. Mogli mnie za to zamknąć najwyżej na sześć tygodni, a to prawdopodobnie przeżyję.<br />
Stary zobaczył pułkownika, podszedł do niego i z rozmysłem uścisnął mu mocno rękę.<br />
– Ruszać się! – darł się major. – I skończyć z tym.<br />
– To ten bękart raczej powinien stanąć przed nami – powiedział Gregor, mając na myśli oficera żandarmerii. – Szybko by wyglądał jak sito!<br />
– Plecami do słupów! – krzyczał major, kopiąc „mojego” Feldwebla w stopy, aby przysunąć je do drewnianego pala.<br />
Potem brutalnie ściągnął mu ręce do tyłu.<br />
– Zawiązuj tutaj – rozkazał mi.<br />
Zwymiotowałem na jego śliczne, błyszczące buty.<br />
– Wyliżesz mi je do czysta, jak już tu skończymy.<br />
Trzęsącymi się rękami związałem nadgarstki skazańca za słupem.<br />
– Ciaśniej! – krzyczał wkurzony major. – Co to za babciny supełek?<br />
Wyrwał mi z ręki pęta i osobiście związał Feldweblowi nogi.<br />
– Jesteś najbardziej nieznośnym sukinsynem, jakiego spotkałem – powiedział Feldwebel z gniewem, po czym napluł majorowi prosto w twarz.<br />
– Czyś ty oszalał? – wrzasnął major. – To cię będzie kosztować…<br />
Przerwał, bo nagle zdał sobie sprawę, że już nic gorszego nie może spotkać skazanego podoficera.<br />
– Ty naprawdę jesteś zabawny! – dodał z pogardą skazaniec. – Prędzej czy później ktoś przywiąże cię do takiego słupa.<br />
– I tu się mylisz – warknął rozdrażniony major. – Taki obrót rzeczy spotyka tylko takie zera jak ty.<br />
Odwrócił się na pięcie i podszedł do Heidego, aby pomóc mu związać szeregowca.<br />
Potem sprawdził więzy pułkownika. Gregor nie wykonał swojej roboty szczególnie starannie. Cały czas miał obsesję, że pułkownik jednak spróbuje ucieczki, więc nie związał go mocno. Major darł się na niego i dyszał ze wściekłości.<br />
Skazanym generałem zajął się osobiście.<br />
– Szmaty do celowania! – krzyknął nerwowo w stronę Starego. – Szmaty, człowieku!<br />
Był już tak wściekły, że wszystko próbował robić sam.<br />
Wyrwał skrawki materiału z rąk Starego i obwiązał je wokół szyi skazańców.<br />
– Kapelanie! – krzyknął w stronę świadków. – Gzie on, do diabła, się podział?<br />
Z szopy, potykając się, wyszedł kapelan sztabowy z Biblią w ręku.<br />
– Po co tu, do cholery, jesteś? – krzyczał rozgrzany do białości major.<br />
Zdenerwowany padre upuścił świętą księgę na ziemię, po czym zaraz ją podniósł, ścierając z okładki wodę. Mruknął coś niezrozumiałego w kierunku więźniów. Potem chwiejnym krokiem wycofał się do szopy, jakby chciał schować się przed światem.<br />
– Feldweblu, przygotować się! – rozkazał oficer i rozpiął kaburę pistoletu.<br />
– Oddział! Gotuj broń! – rozkazał szorstko Stary.<br />
Głośno szczeknęły zamki. Mały upuścił karabin na ziemię. Potrząsnął ramionami i uśmiechnął się przepraszająco w stronę majora, który zrobił się czerwony na twarzy jak gotowany homar.<br />
– Patrz na wprost! Celuj!<br />
Następny karabin spadł z chrzęstem na ziemię, a zaraz po nim przewrócił się Westfalczyk. Płasko na twarz.<br />
– Co za tabun nerwowych starych panien! – ocenił złośliwie oficer. – Słabeusze! Cioty!<br />
– Ognia! – rozkazał Stary.<br />
Salwa wystrzałów zabrzmiała jak trzęsienie ziemi i całe Morellenschlucht zadrżało.<br />
Błysnęły flesze dziennikarzy, rozsyłając cienkie strumienie błyskawic.<br />
Szeregowiec piechoty zawisł na sznurach, jego klatka piersiowa była krwawą plamą. Westfalczyk leżał niezauważony we wrzosach. Jego hełm leżał odwrócony do góry i powoli napełniał się deszczówką.<br />
– Ładuj broń! – rozkazał Stary, patrząc od strony słupów ponad wrzosowiskiem.<br />
Zazgrzytały zamki i nowe pociski trafiły do komór nabojowych.<br />
– Cel!<br />
Strumienie światła rozjaśniły kolejny słup.<br />
W ostrym świetle Feldwebel z Luftwaffe był biały jak kreda. Nawet czerwony strój skazańca wyglądał teraz blado.<br />
– Ognia!<br />
Huknęły ponownie wystrzały, a echo odbiło się od nasypów znajdujących się na przeciwnym końcu.<br />
Feldwebel był przywiązany tak mocno, że nie zdołał opaść i nadal był wyprostowany. Jego twarz wyglądała strasznie. Kula rozerwała górną część ust, zmiażdżyła zęby i dziąsła.<br />
Światła przygasły i trzecia seria komend przebijała się przez deszcz.<br />
– Ładuj! Cel!<br />
Teraz jęzory światła skupiły się na pułkowniku, który patrzył przed siebie z kpiącym uśmiechem. W tym blasku nie mógł dostrzec oddziału egzekucyjnego.<br />
– Wybacz nam nasze grzechy – mruczał kapelan.<br />
– Ognia!<br />
Znowu trzask wystrzałów.<br />
Pułkownik pochylił się do przodu jak obcięta gałąź zawieszona na linie.<br />
Robiło się coraz ciemniej. Światła ponownie przygasły, a deszcz padał coraz mocniej. Wiatr rozrzucał liście po placu straceń.<br />
Mały rzucił długą i groźną wiązkę przekleństw na wszechobecny deszcz. Major gwałtownie się obrócił i spojrzał na niego. Nasz kumpel tylko wzruszył ramionami.<br />
Oficer z biura dochodzeniowego podszedł do generała Wagnera i powiedział do niego coś, czego nie dosłyszeliśmy.<br />
Major dał Staremu sygnał.<br />
– Cel! – rozkazał nasz dowódca.<br />
Światła ponownie się zapaliły. Generał uśmiechnął się dumnie.<br />
– Ognia! – krzyknął Stary, a jego głos wyraźnie przebił się przez dźwięki deszczu.<br />
Lufy karabinów zatańczyły. Czterech z rzędu to za dużo. Nie było salwy, rozległy się tylko pojedyncze strzały.<br />
Generał krzyknął. Żaden ze strzałów nie był śmiertelny. Kilka karabinów upadło na wrzosowisko. Dwóch ludzi zemdlało.<br />
Major wydzierał się histerycznie.<br />
– Ognia! Ognia!<br />
Stary patrzył na niego bez zrozumienia. Nie wiedział, co robić. Cały oddział rozpadł się na części.<br />
Mały i Porta odwrócili się na piętach i cicho, z przewieszonymi przez piersi karabinami jak dwóch myśliwych wracających z polowania na kaczki ruszyli w stronę samochodów.<br />
Jakiś błysk przeciął noc.<br />
– Zgaście te reflektory – krzyknął ten czy tamten.<br />
Szybciutko podbiegł lekarz. Ciężko ranny generał krzyczał głosem szarpiącym nerwy.<br />
– Zróbcie coś z tym – krzyknął Barcelona.<br />
Zdezorientowany major spojrzał na niego, wyciągnął z kabury oksydowanego walthera, podszedł do rannego skazańca i przystawił mu pistolet do karku. Zamiast wystrzału rozległ się tylko trzask zamka.<br />
Major zatoczył się i popatrzył na pistolet. Jego oczy rozpalił dziwny blask. Tego było już za dużo nawet dla zahartowanego oficera żandarmerii.<br />
Stary nagle się wyprostował.<br />
– Cel! – rozkazał szaleńczo.<br />
Na wpół ogłupiały oddział wycelował karabiny.<br />
Słup ze skazańcem był ledwie widoczny w wieczornej poświacie. Nikt nie pomyślał, aby zapalić światła. Stary stał tyłem do kierunku strzałów i nie patrzył za plecy, tylko na oddział.<br />
– Ognia! – krzyknął przeszywającym głosem.<br />
Rozległa się nieregularna salwa.<br />
Major przeraźliwie krzyknął i padł na ziemię.<br />
Wśród świadków wybuchło zamieszanie. Grupka oficerów sztabowych i generalicji pobiegła do przodu.<br />
– Rozładować broń i zabezpieczyć! Na ramię broń! – rozkazał Stary z dobrze wytrenowaną wprawą podoficera.<br />
Generałowie podeszli i zatrzymali się bezpośrednio przed oddziałem. Popatrzyli zaskoczeni najpierw na nas, a potem na zwisającego generała, którego pierś rozerwana była na kawałki. Major tonął w wielkiej kałuży krwi, która rozlała się obok pala straceń. Miał zmiażdżoną twarz i rozerwany kark. Stary stuknął obcasami i przyłożył dłoń do krawędzi hełmu.<br />
– Panie generale, rozkazy wykonane!<br />
– Dziękuję, dziękuję! – zapiszczał skonsternowany generał.<br />
Nadal nie był pewien, co zaszło.<br />
Drugi generał popatrzył na zabitego majora.<br />
– To była jego wina – krzyknął jakby w obronie własnej. – Zgodnie z regulaminem nie wolno chodzić przed frontem oddziału egzekucyjnego. To musi być uznane za godny pożałowania wypadek!</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/sad-wojenny-sven-hassel-fragment/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Każdy ma swoje Kilimandżaro, Małgorzata Wach, Znak</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 19 Nov 2008 17:12:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Anna Dymna]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[Każdy ma swoje Kilimandżaro]]></category>
		<category><![CDATA[Klimandżaro]]></category>
		<category><![CDATA[Małgorzata Wach]]></category>
		<category><![CDATA[Mimo Wszystko]]></category>
		<category><![CDATA[Znak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1434</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak">Każdy ma swoje Kilimandżaro, Małgorzata Wach, Znak</a></p><p>Kilimandżaro Małgorzaty Wach, wydawnictwa Znak to opowieść o zmaganiu ze szczytem Kilimandżaro i najwyższą górą Czarnego Lądu zwaną dachem Afryki. Małgorzata Wach opisuje w książce&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak">Każdy ma swoje Kilimandżaro, Małgorzata Wach, Znak</a></p><p><strong>Kilimandżaro Małgorzaty Wach, <a title="Znak" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/znak/" target="_self">wydawnictwa Znak</a></strong> to opowieść o zmaganiu ze szczytem Kilimandżaro i najwyższą górą Czarnego Lądu zwaną dachem Afryki. Małgorzata Wach opisuje w książce wyprawę na Kilimandżaro dziewięciu niepełnosprawnych osób zorganizowaną przez Fundację <strong>Mimo Wszystko</strong>. Wśród zdobywców znaleźli się: Jan Mela (zdobywca obu biegunów), Katarzyna Rogowiec (paraolimpijka i złota medalistka z Turynu) oraz niewidomy od urodzenia Łukasz Żelechowski. Uczestnicy wyprawy zmagają się z dużymi różnicami temperatur, rozrzedzonym powietrzem i zmęczeniem, ale też ze swoimi słabościami i ograniczeniami. Piękna książka. Udowadnia, że marzenia są silniejsze od wyroków losu i że niepełnosprawność nie jest wyrokiem&#8230; Miłe jest też to, że część pieniędzy ze sprzedaży książki zostanie przekazana Fundacji Anny Dymnej „<a title="Mimo Wszystko" href="http://www.kilimandzaro.mimowszystko.org/" target="_blank">Mimo Wszystko</a>”. W książe, poza relacją z samej wyprawy znajdziemy przedstawienie zdobywców, ich historie oraz odpowiedź na pytanie po co i dla kogo idą na Kilimandżaro&#8230; 5 października zdobyli dach Afryki &#8211; Kilimandżaro. O godzinie 8 polskiego czasu na sam szczyt dotarli: Kasia Rogowiec, Janek Mela, Krzysiek Gardaś, Piotrek Pogon i Łukasz Żelechowski. Pozostali zdobywcy, czyli Angelika Chrapkiewicz-Gądek, Jarek Rola i Piotrek Truszkowski, (poruszający się na wózkach) oraz Krzysztof Głombowicz (wspinał się o kulach) dotarli na wysokość 5200 metrów&#8230;.</p>
<p><strong>Każdy ma swoje Kilimandżaro, Małgorzata Wach &#8211; fragment:</strong></p>
<blockquote><p>Nasze życie przypomina układanie puzzli. Planujemy sobie: pójdę do takiej i takiej szkoły, potem zostanę lekarzem, marynarzem albo tancerzem. Ożenię się albo i nie, będę mieć dzieci: jedno, dwoje, troje. Wybudujemy sobie dom za miastem, w ogródku zasadzimy róże albo malwy. Może jedno i drugie. Dzieciaki będą mieć huśtawkę w ogrodzie. Piaskownicę  też im zrobimy (w końcu sam lubiłem robić babki z piasku, gdy byłem mały). Na wakacje będziemy jeździć do Egiptu, bo Egipt jest modny i można się ładnie opalić.<br />
Wszystkie puzzle są piękne i kolorowe, bo niby jakie miałyby być? Nikt z nas nie planuje wypadku ani ciężkiej choroby. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, że straci kogoś, kogo kocha najbardziej na świecie. Kiedy dotyka nas jakaś tragedia, wszystko wygląda tak, jakby ktoś porozrzucał wszystkie elementy układanki i pozabierał część z nich. Nie zauważamy jednak, że w ich miejsce dostajemy inne puzzle &#8211; jak się z czasem okazuje, lepsze, bardziej dopasowane. Jednym słowem: bogatsze. Ale ciężko odnaleźć dar w swoim wypadku&#8230;<br />
Był 24 lipca 2002 roku. Byłem z kolegami na placu zabaw, jakieś dwieście metrów od domu. Trochę graliśmy w ping-ponga, trochę gadaliśmy. Był zwyczajny wakacyjny dzień. Zaczął padać deszcz. Schowaliśmy się pod daszkiem stacji transformatorowej, na tym samym placu zabaw, obok huśtawek, kosza, stołu. Towarzystwo się szybko wykruszyło, zostałem tylko ja i kolega z klasy.<br />
Tego dnia dowiedzieliśmy się, że drzwi do transformatora są od jakiegoś czasu otwarte i że parę osób tam zaglądało. Postanowiliśmy tam wejść i przeczekać deszcz. Stanąłem pod ścianą. Nagle coś mną szarpnęło. Później dowiedziałem się, że przepłynął przeze mnie<br />
prąd o napięciu piętnastu tysięcy woltów. Straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, kolegi już nie było.<br />
Kulejąc, doszedłem do domu. Tata zawiózł mnie na pogotowie. Stamtąd wysłali mnie od razu do szpitala w Gdańsku. Lekarze walczyli o moje życie. Leżałem tam trzy miesiące. Po miesiącu w ranne kończyny wdało się zakażenie i trzeba było amputować prawą rękę i lewą nogę. Miałem trzynaście lat. Pamiętam twarz mamy nad moim łóżkiem. Łzy w jej oczach&#8230; takie nienaturalnie duże. Pamiętam tatę stojącego przy oknie w zielonym fartuchu. I swój krzyk. Dużo krzyczałem. Chciałem im tego oszczędzić, ale nie potrafiłem. Wszystko mnie bolało. Nawet ta ręka i noga, których już nie miałem. Jak ma wyglądać to moje nowe życie? &#8211; pytałem sam siebie. Mój świat wywrócił się do góry nogami: plany, marzenia, przyszłość. Ale nie to było moim najgorszym doświadczeniem w życiu.<br />
Kiedy miałem kilka lat, nasz dom spłonął w pożarze. Nic nie ocalało. Zostały gołe ściany. Rodzice ciężko pracowali, by go odbudować. Pamiętam, ilu rzeczy sobie odmawiali, żebyśmy mogli związać koniec z końcem. Schroniliśmy się w mieszkaniu wynajętym od sąsiadów. Do naszego domu mogliśmy wrócić dopiero rok później. Było ciężko, ale nikt nie narzekał. Spaliśmy w swoich łóżkach, mieliśmy własny stół, przy którym mogliśmy jeść posiłki. Doświadczyliśmy, czym jest strata, ale daliśmy sobie z tym radę &#8211; tak wtedy myślał każdy z nas. Niestety, prawdziwa strata miała dopiero nadejść.<br />
Miałem osiem lat, mój brat Piotruś siedem, siostra Agata cztery latka, a Didi &#8211; nasza najmłodsza siostra &#8211; zaledwie roczek. Pojechaliśmy z rodzicami nad jezioro. Zwykły słoneczny wakacyjny dzień. Piotruś zapytał, czy może pożyczyć mój materacyk do pływania. Zgodziłem się. Minęła chwila. Zauważyliśmy, że materac pływa pusty. Mój brat musiał się z niego ześlizgnąć. Tata i kilku panów wskoczyło do wody, ale znaleźli go dopiero po dłuższej chwili.<br />
Natychmiast pojechaliśmy na pogotowie. Pielęgniarki nie pozwoliły nam wejść na salę, gdzie reanimowano Piotrusia. Kazały czekać. Modliliśmy się przez łzy. Chwilę później wyszedł lekarz i zimnym głosem powiedział, że mój brat nie żyje. Wpadłem w czarną dziurę. Piotruś? Mój brat nie żyje? Przecież to niemożliwe! &#8211; myślałem. Nie rozumiałem, po co i dlaczego tak się stało, i nie trafiało do mnie tłumaczenie, że „Bóg tak chciał”, że gdzieś „tam” będzie mu lepiej. Każdy z nas winił się za tę śmierć. Długo sobie jeszcze wyrzucałem, że pożyczyłem mu ten cholerny materac! Wiem, to głupie, ale wtedy wydawało mi się, że gdyby nie ta moja zgoda, Piotruś nadal by żył.<br />
Kiedy leżałem w szpitalu, jedynie rodzice mogli mnie odwiedzać. Byli ze mną każdego dnia, wspierali ze wszystkich sił. Raz w tygodniu odwiedzał mnie ksiądz. Na początku nie chciałem z nim rozmawiać, obwiniałem Boga za to wszystko. Skoro jest taki dobry, to dlaczego na to wszystko pozwolił? &#8211; pytałem sam siebie. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy Pan Bóg nam coś zabiera, to nigdy w tym miejscu nie zostawia dziury. Daje nam coś innego. Lepszego. Ale to akurat jesteśmy w stanie pojąć dużo, dużo później&#8230;<br />
Któregoś dnia ksiądz powiedział mi, że tak jak można za kogoś ofiarować modlitwę, tak samo można ofiarować swój ból. Na początku to brzmiało absurdalnie, ale spróbowałem. Pomogło! Każdą cząstkę bólu, nawet krzyk, ofiarowywałem za Piotrusia.<br />
Mijały tygodnie. Czułem się coraz bardziej samotny i bezwartościowy. Mama wymyśliła, żeby ściągnąć do mnie Marka Kamińskiego. Wierzyła, że może mi on pomóc w drodze do zaakceptowania samego siebie. Wtedy, w szpitalu, to spotkanie nie doszło do skutku, spotkaliśmy się później. Tymczasem Marek wraz z grupą przyjaciół wpadł na pomysł wspólnej wyprawy na biegun północny. Kiedy mi to powiedział, różne dziwne myśli chodziły mi po głowie. Ja? Przecież ja ledwo radzę sobie na co dzień, gdzie mi do takiej wyprawy?! Dziękuję. Nie dam rady &#8211; myślałem.<br />
W szpitalu mogłem sobie tylko wyobrażać, czym jest niepełnosprawność. Prawdziwe schody zaczęły się dopiero w domu: nie umiałem sobie posmarować kanapki, nie mogłem przenieść kubka z kuchni do pokoju, bo poruszałem się o kuli (jeszcze nie miałem protezy). „Mamo, proszę, włącz mi telewizor. Tato, proszę, przynieś mi ten cholerny kubek!” &#8211; krzyczałem. Często płakałem z bezsilności. Nieraz zastanawiałem się, po co ja jeszcze żyję. Ale rodzice nie odpuszczali, mówili: „Jasiek, możesz, potrafisz, nauczysz się!”.<br />
Zacząłem rehabilitację, założyłem protezę, nauczyłem się chodzić, maszerować. Okej, przynajmniej spróbuję, żebym potem nie żałował, że nic nie zrobiłem &#8211; pomyślałem. Pamiętam, jak pojechaliśmy z tatą na zgrupowanie kadry paraolimpijskiej w Białogardzie. Pierwszy raz zobaczyłem tak dużo ludzi z różnego rodzaju niepełnosprawnościami: po amputacjach, na wózkach, niewidomych. Żaden z nich nie krył swego kalectwa. Mieli na sobie krótkie spodenki i podkoszulki. No i te uśmiechnięte gęby! Z czego oni się tak cieszą? Z takiego życia?! &#8211; pytałem sam siebie. Ale wróciłem do domu i nie mogłem o nich zapomnieć. Czułem, że dali mi porządną lekcję. Taką najlepszą, bez słów. Zaczęło do mnie docierać, że bycie szczęśliwym nie zależy od ilości rąk czy nóg. Bariery są tylko w naszych głowach. Postanowiłem, że zdobędę ten cholerny biegun. Stać mnie na to!<br />
Ćwiczyłem okrągły rok. Już po wyprawie zrozumiałem, że o wiele ważniejsza od samego bieguna była ta cała droga, którą przeszedłem. Nie tylko ten odcinek, który pokonałem razem z Markiem Kamińskim, Wojtkiem Ostrowskim i Wojtkiem Moskalem (a swoją drogą, stanowiliśmy naprawdę zgrany zespół). To był rok wysiłku, zmagania się z samym sobą, upadania i dźwigania się do góry. Kiedy dotarliśmy na biegun, obiecałem sobie, że już nigdy nie będę wątpił. Ludzie często idą przez życie i nie zauważają okazji, które mogą je odmienić, a potem narzekają, że to życie jest takie nijakie. Byli tacy, co mówili: „Jeśli ktoś ma niepełnosprawność, powinien siedzieć w domu, a nie głupio ryzykować zdrowie czy życie”. Ale byli też tacy, którzy dzięki tej wyprawie zaczęli w siebie wierzyć. To było dla mnie dużo ważniejsze.<br />
Potem był drugi biegun, dziesiątki spotkań, wywiadów, pytań, radość moich rodziców i sióstr, listy od różnych ludzi. Śmiałem się, ale pamiętam, że po tych wyprawach zacząłem inaczej o sobie myśleć. Zacząłem w siebie wierzyć. Był 2005 rok i na festiwalu podróżniczym w Łodzi opowiadaliśmy z Markiem i oboma Wojtkami o naszych wyprawach na bieguny. Tam poznałem Kasię &#8211; moją pierwszą dziewczynę.<br />
Czasami znasz kogoś kilka lat i możesz o nim powiedzieć tylko tyle, że lubi kolor zielony i jest całkiem niezły z matmy. A czasem dopiero co kogoś poznasz i już wydaje ci się, że wiesz o tym człowieku wszystko. Ja tak miałem z Kasią. Po piętnastu minutach rozmowy zdradziła mi, że marzy o podróży na Lofoty, archipelag wysp w północnej Norwegii, jakieś trzysta kilometrów za kołem podbiegunowym. Bardzo malownicze miejsce, w którym strzeliste góry niemalże wyrastają z morza. W trakcie tej rozmowy Kasia zaproponowała mi wspólną podróż. W jej oczach była taka magia, która mogła przenosić góry&#8230; Wiedziałem, że mogę jej zaufać.<br />
Przez kilka miesięcy utrzymywaliśmy kontakt e-mailowy i telefoniczny. Drugi raz spotkaliśmy się pół roku później, na lotnisku. Polecieliśmy samolotem do Oslo (najtańszymi liniami), dalej podróżowaliśmy stopem. Pokonaliśmy w ten sposób trzy tysiące kilometrów. Spaliśmy w namiocie, mieliśmy zupki w proszku i piecyk na butlę gazową. Żyliśmy bardzo oszczędnie. W trakcie tej podróży zakochaliśmy się w sobie. Czułem się kosmicznie. To były wakacje 2006 roku.<br />
Za rok znów pojechaliśmy na Lofoty, ale już do pracy. Kasia pracowała w restauracji. Ja chodziłem od domu do domu, pytając, czy ktoś nie potrzebuje pracownika: szlifowałem stoły, malowałem komuś ściany, u kogoś innego rozbierałem drewniany dom. Zarobiłem pierwsze w swoim życiu pieniądze. Mogliśmy z satysfakcją kupić sobie marcepan, za którym przepadam, i żelki, które z kolei uwielbia Kasia. Codziennie po powrocie z pracy robiłem jej galaretki z jagodami. Oglądaliśmy filmy. Chodziliśmy na spacery. Kochaliśmy się. Jak to było? Normalnie! Przy ukochanej osobie nie odczuwa się wstydu. Nie udaje się kogoś innego, lecz jest się akceptowanym takim, jakim się jest. Widzi się swoje wzajemne braki, ale kocha się pomimo nich. Ja czułem się kochany. To, że nie mam ręki i nogi, nie było dla Kasi żadnym problemem. Dla mnie zresztą też.<br />
Kiedy wróciliśmy do Polski, moje życie toczyło się na linii Malbork &#8211; Łódź. Co dwa tygodnie jeździłem do Kasi. W ciągu miesiąca pokonywałem pociągiem w sumie jakieś tysiąc sześćset kilometrów. Dla niej nauczyłem się szyć na maszynie. Razem z babcią i mamą uszyliśmy jej takiego wielgachnego żółwia z polaru. Dla niej chodziłem za babcią, żeby mnie nauczyła robić na drutach. Kupiłem melanżową włóczkę, taką ciemnoniebieską, i postanowiłem, że zrobię jej szalik na Gwiazdkę. Kikutem przytrzymywałem jeden drut, a drugim machałem: cały rządek lewych oczek, potem rządek prawych (wtedy szalik jest grubszy). Kasia bardzo się ucieszyła z prezentu, ale ja chyba miałem większą frajdę z robienia go.<br />
Kiedy skończyłem liceum, postanowiłem iść na studia do Łodzi, ale nie czułem się na nich najlepiej. Sama Łódź też mnie przytłaczała. Dużo rzeczy zaczęło się w moim życiu psuć. Rozpadł się związek z Kasią. Dlaczego? Były tysiące powodów i żadnego konkretnego. Chyba nie dojrzałem do takiego związku. I tyle. Z czasem zamknąłem za sobą rozdział pod tytułem „Łódź”, poznałem Anię, z którą wspólnie odkrywam nową przestrzeń. Odkrywam siebie.<br />
Jestem bardzo podobny do mojego taty, nie tylko fizycznie. Podobnie odbieramy świat. Tata sam potrafi zrobić wszystko. Gdybym zdecydował, że chcę polecieć w kosmos, to jestem pewien, że zbudowałby mi rakietę. Ale kiedy jest mi bardzo źle, rozmawiam z mamą. Nigdy nie czuję się przez nią okłamywany, nie mówi mi: „Nie martw się, Jasiu, na pewno będzie dobrze”, tylko zastanawia się ze mną, jak sprawić, żeby było dobrze. Może dlatego, że jest psychologiem, a może dlatego, że jest po prostu dobrą matką. Obstawiam jedno i drugie.<br />
Rodzice są dla mnie niedoścignionym wzorem. Tyle trudnych rzeczy wydarzyło się w ich życiu, a oni są radośni, szczęśliwi. Stworzyli dom, w którym czuję się bezpieczny i kochany. Nauczyli mnie i moje siostry, jak cieszyć się małymi rzeczami: czekoladą, wspólnym wyjazdem, nową książką, obrazkiem, który mieści się w jednej dłoni. Nawet jeśli na tablicy w kuchni wiszą trzy rachunki do zapłacenia, to oni się nie zamartwiają. Starają się dostrzegać jasną stronę każdego dnia. To od nich nauczyłem się, że to, jak odbieramy świat, zależy wyłącznie od nas. Możemy go widzieć jako kolorowy i piękny albo też jako szary i brzydki. Jedno i drugie jest trochę prawdą, a trochę nieprawdą. Ale to ja &#8211; Janek Mela &#8211; decyduję o tym, co widzę.<br />
Teraz widzę szczyt Kilimandżaro. Jest piękny. Dla mnie to taka góra wyrównywania szans. Każdy z uczestników wyprawy ma dosyć ciężki bagaż doświadczeń, ale to między innymi one sprawiły, że jesteśmy takimi właśnie, a nie innymi ludźmi i patrząc każdego dnia w lustro, znajdujemy w sobie siłę, by powiedzieć: „mogę”, „chcę”, „dam radę”. Pamiętam, jak kilka lat temu, tuż po moim powrocie z Arktyki, Didi podeszła do mamy i zapytała: „Mamo, mamo, czy jak ja będę miała piętnaście lat, to też pójdę na biegun?”.<br />
Chciałbym zadedykować tę moją wspinaczkę właśnie siostrom. Chciałbym, żeby one też znalazły swój biegun albo swoje Kilimandżaro. Wyobrażam sobie, że na tym szczycie jest taki mały klocek domina. Gdy tam dojdziemy, przewrócimy go, a on przewróci kolejne. W ten sposób uruchomimy lawinę, dzięki której inni też uwierzą w siebie i będą mieli odwagę zmieniać swoje życie. Przecież nikt inny go za nich nie przeżyje.</p>
<p><strong>Wstęp</strong></p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro11-wstep11.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-1515" title="kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-wstep" src="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro11-wstep11.jpg" alt="" width="500" height="349" /></a></p>
<p>Kochani Podróżnicy!<br />
27 września 2008 roku pożegnałam Was na lotnisku Okęcie w Warszawie. Czułam się tak, jakbym wyprawiała w świat, w daleką nieznaną podróż gromadkę swoich szalonych i niezwykłych Dzieci. Przepraszam, że tak czasem myślę sobie o Was. Może nie mam do tego prawa ani zrozumiałego dla wszystkich powodu. Może nie życzycie sobie, żebym Was tak traktowała. Inaczej jednak nie potrafię!<br />
Podczas długiej odprawy bagażowo-biletowej i ostatnich rozmów przebiegały mi przez głowę różne myśli, a moje serce pełne było emocji i wzruszeń. Patrzyłam na Wasze skupione twarze, zmęczenie, podniecenie&#8230; Tak bardzo chciałam każdego przytulić, coś ważnego powiedzieć jeszcze na drogę, lecz nie znalazłam już słów.<br />
Wiem o Was bardzo dużo: o Waszych zmaganiach z przeciwnościami losu, o cierpieniu, porażkach, marzeniach. Rozmawialiśmy o tym w programie Spotkajmy się, a także przy innych okazjach. Wiem, co w Was drzemie, dlatego nie miałam żadnych wątpliwości, że właśnie Warn mogę rzucić to śmiałe wyzwanie. Nikt z Was nie odmówił jego przyjęcia!<br />
To Wy wiecie lepiej niż ktokolwiek inny, jak ważny dla każdego z nas jest drugi człowiek &#8211; gdy obok ma się Przyjaciela, można wyjść z każdej ciemności, można nauczyć się na nowo kochać życie, biegać bez nóg, widzieć bez oczu&#8230; l normalnie żyć.<br />
Wychodząc z cierpienia, nieszczęścia, depresji, uruchomiliście w sobie siły, o których istnieniu zwykły człowiek nie ma pojęcia. Doświadczyliście tego, że jeden człowiek może być dla drugiego nogami, oczami, rękami i może stać się jego radością. Dlatego jestem pewna, że dacie sobie<br />
9<br />
radę w tej trudnej wyprawie i zrobicie wszystko, żeby choć jeden z Was wszedł na sam szczyt. Przecież zdobyliście już dawno najtrudniejsze szczyty. Wasza codzienna walka o prawa i zwyczajne życie w naszej rzeczywistości to prawdziwe wyprawy na Kilimandżaro. Mimo swych niepełnosprawności staracie się normalnie żyć. l udaje Warn się to robić! Macie swoje rodziny, sukcesy, pasje&#8230; Choć dojście do tych Waszych codziennych szczytów było często wspinaczką po pionowej ścianie. Niestety, wielu ludzi nie chce tego zauważać, zupełnie nie zdając sobie sprawy z Waszej sytuacji. Gdy mówi się o tym prostymi słowami: że przecież jesteście niezwykłą wartością, że jesteście sprawniejsi od wielu całkowicie zdrowych ludzi, że należą Warn się prawa i pomoc w oczywistych niedogodnościach Waszego życia, że to Wy właśnie możecie wskazywać nam prawdziwe wartości, dać innym siły i obudzić wiarę w człowieka&#8230; &#8211; słowa te są zwykle traktowane jak slogany, wydumane, egzaltowane mądrości, prawdę mówiąc, rzadko brane są pod uwagę. Jeśli więc nie da się po prostu i normalnie, skoro zwykłe słowa nic nie znaczą, to potrzebne są symboliczne czyny, niezwykłe wyprawy, które przez wielu uważane będą za szalone, surrealistyczne&#8230; Ale na pewno dadzą ludziom dużo do myślenia. Bez zbędnego gadania.<br />
Kiedy na odprawie przed podróżą pytałam Was, dlaczego decydujecie się na taki wysiłek, po co Warn to, dla kogo, co chcecie udowodnić -usłyszałam słowa, które jeszcze bardziej pogłębiły moją wiarę w sens całego przedsięwzięcia. Wiem, czym dla każdego z Was jest ta podróż, ale wiem też, że nie idziecie tam tylko dla siebie. Myślę więc, że jest to wyprawa symboliczna, ważna dla wielu ludzi.<br />
„Każdy ma swoje Kilimandżaro&#8221; &#8211; to nasze hasło. Te słowa chcemy wykrzyczeć głośno każdym krokiem i metrem prowadzącym Was na biały „dach Afryki&#8221;.<br />
Znam wielu ludzi, którzy nie widzą przed sobą niczego&#8230; Wydaje im się, że nie mają już nic do zdobycia, że nie ma przed nimi żadnych dróg i żadnych szczytów. Są wśród nich tacy jak Wy, ludzie po dramatycznych<br />
10<br />
przejściach, wypadkach, chorobach&#8230; Są załamani, bezradni i bezwolni. Popadają w depresję, nienawiść do świata, rozpacz, żal!<br />
Poznałam w tym roku pięknego dwudziestosiedmioletniego mężczyznę. Pięć lat temu miał wypadek samochodowy. Po ciężkich urazach głowy siedzi na wózku. Wprawdzie ma całkiem sprawną jedną rękę, nauczył się na nowo mówić, doskonale obsługuje komputer, zna świetnie angielski, a jednak poddał się całkowicie. Niczego nie pragnie, nic nie robi, o niczym nie marzy, torturuje i szantażuje swoim kalectwem własną matkę &#8211; jakby się chciał na niej zemścić za swój wypadek. Umie tylko żądać i domagać się wszystkiego. Jest okrutny i agresywny. Na moje pytanie, dlaczego nic nie robi, dlaczego nawet sam się nie goli, od powiedział zdziwiony: „Przecież miałem wypadek i jestem niepełnosprawny&#8221;. On nie widzi przed sobą żadnego szczytu, nawet nie chce go już widzieć&#8230; l Wy właśnie dla tego chłopaka idziecie na Kilimandżaro. Ale czy tylko dla takich jak on, którym ogromny głaz choroby, kalectwa zagrodził drogę do celu?<br />
Coraz więcej jest ludzi, często młodych, pięknych, zdrowych, którym dni przeciekają przez palce, którym nic się nie chce i którzy nie szukają żadnych dróg. Może Wasza wyprawa również w nich uruchomi siły, wiarę w siebie?<br />
Wasz entuzjazm i radość mogą przenosić góry, rozpędzać burze, rozjaśniać ciemności. Może dzięki Warn ktoś zobaczy, że również ma swoje Kilimandżaro do zdobycia. Jeśli jest sam, jeśli nie wierzy słowom&#8230; może przekona go Wasza wyprawa?<br />
Wyprawę Waszą nazywam też z ogromną radością „wyprawą zaufania&#8221;! Zaufanie to wartość tak bardzo upokarzana i znieważana w naszej codzienności. A przecież jest nam ono potrzebne jak tlen, we wszystkich przestrzeniach życia, bo, tak jak miłość, daje siły i radość, czyni nasze życie pięknym.<br />
Jestem aktorką. Kiedy reżyser obsadza mnie w jakiejś roli, gdy obdarza mnie zaufaniem i daje do zrozumienia, że właśnie ja, w tej chwili, zagram tę rolę najlepiej na świecie, to rosną mi skrzydła. Praca staje się niezwykłą przygodą i nawet udaje mi się czasem przekraczać własne możliwości.<br />
12<br />
Podobnie Wasza wyprawa od początku została obdarzona zaufaniem. Moja Fundacja „Mimo Wszystko&#8221; zdobyła na nią pieniądze i wyposażenie dla uczestników. Projekt koordynuje nasz pracownik Piotr Pogoń, który jest razem z Wami w drodze. Na każdym etapie tego zamysłu spotykaliśmy się z dużą życzliwością. Dzięki niej zebraliśmy środki na to ogromne przedsięwzięcie&#8230; Zaufano nam! Jakie to ważne!<br />
A czy cała Wasza grupa nie jest samym sednem, wręcz symbolem bezgranicznego zaufania? Niewidomy Łukasz idzie z Wami, bo wie, że Wy będziecie Jego oczami. Angelika nie może sama chodzić, ale wie, że będziecie Jej nogami i, być może, zdobędzie na nich szczyt. W pojedynkę nie dalibyście rady. Razem jesteście potęgą.<br />
Kochani! Mijają dni&#8230; Dla Was są to chwile największego wysiłku i emocji! Codziennie czekam na wiadomości. Docierają do mnie strzępy informacji o Waszych zmaganiach z chorobami, kłopotami technicznymi, różnymi pułapkami przyrody, własnymi słabościami&#8230; Ale wciąż idziecie. Jesteście razem. Pomagacie sobie, pokonujecie przeszkody&#8230; Choruję z Wami na chorobę wysokogórską, biegam co chwilę z tak zwaną biegunką i marzę, byście już wrócili. Setki ludzi dzwonią do Fundacji i przesyłają Warn słowa otuchy i podziwu. Ale nawet nie umiem sobie wyobrazić, co przeżywacie.<br />
Jesteście już na wysokości 4700 metrów n.p.m. Przed Wami ostatni atak na szczyt. Nie wiem, czy wszyscy go zdobędziecie, czy to w ogóle możliwe&#8230; Ale to naprawdę nieważne. Chociaż, patrząc na Was, wiem, że niemożliwych rzeczy w ogóle nie ma, że człowiek jest niezwykły, piękny, wspaniały! Idźcie spokojnie, spełniajcie swoje marzenia, zapamiętajcie wszystko, co widzicie i przeżywacie&#8230; To stanie się dla Was i dla nas siłą i radością.<br />
Dla mnie wszyscy zdobyliście już Kilimandżaro. Zrobiliście to w dniu, gdy razem wyruszyliście w tę podróż. Wracajcie szybko. Czekamy na Was z mocno bijącymi sercami.<br />
<strong>Ania Dymna</strong></p></blockquote>
<p><strong>Małgorzata Wach</strong> (ur. 1976 r.) &#8211; dziennikarka, freelancerka. Przez kilka ostatnich lat była związana z &#8222;Gazetą Wyborczą&#8221;. Lubi słuchać i pisać. W tej kolejności. Dla jednego zdania potrafi przejechać tysiące kilometrów. Nie straszny jej syberyjski mróz ani tropikalny upał. Zanim opowie historię, musi spojrzeć swojemu bohaterowi w oczy.</p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/kazdy-ma-swoje-kilimandzaro-malgorzata-wach-znak/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Miłość jak pole bitwy, Eileen Chang, WAB</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 15 Nov 2008 18:39:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Video]]></category>
		<category><![CDATA[ang lee]]></category>
		<category><![CDATA[Eileen Chang]]></category>
		<category><![CDATA[film]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[literatura piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Miłość jak pole bitwy]]></category>
		<category><![CDATA[opowiadanie]]></category>
		<category><![CDATA[Ostrożnie pożądanie]]></category>
		<category><![CDATA[recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[WAB]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1331</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab">Miłość jak pole bitwy, Eileen Chang, WAB</a></p><p>Miłość jak pole bitwy (Memoir of a Bygone Love) Eileen Chang wydawnictwa WAB w tłumaczeniu Katarzyny Kulpy ukaże się 20 listopada. Książka przedstawia Szanghaj lat&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab">Miłość jak pole bitwy, Eileen Chang, WAB</a></p><p><strong>Miłość jak pole bitwy</strong> (Memoir of a Bygone Love) <strong>Eileen Chang</strong> <a title="Wydawnictwo WAB" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/wab/" target="_self">wydawnictwa WAB</a> w tłumaczeniu Katarzyny Kulpy ukaże się 20 listopada. Książka przedstawia Szanghaj lat 40 i 50-tych z okrucieństwem wojny i komnistycznym reżimem. W książce znajdziemy pięć opowiadań i scenariusz filmowy&#8230;</p>
<p><a title="Eileen Chang" href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Eileen_Chang" target="_self"><strong>Eileen Chang</strong></a> (ur. 1920, zm. 1995) – chińska pisarka, autorka powieści, opowiadań i licznych scenariuszy filmowych. Eileen Chang studiowała literaturę na uniwersytecie w Hongkongu. Już pierwsze książki przyniosły jej olbrzymią popularność. W 1955 roku wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkała i tworzyła do końca życia.</p>
<blockquote><p>Luozhen nie znajduje dla siebie miejsca w świecie konwenansów i hipokryzji – wybierając samotne życie, opuszcza kraj, być może na zawsze. Jiayin nie może wybaczyć ojcu, który związał się z inną kobietą i opuścił matkę. Jednak jako guwernantka sama ma romans ze swoim żonatym pracodawcą. Pani Xun i pani Wu po latach wojennej i politycznej zawieruchy próbują odnowić przyjaźń, łączącą je silniej niż więzi rodzinne. Choć kobiety rozdzieliła komunistyczna władza, to obydwie uznają, że nie zawsze to polityka była przyczyną osobistych dramatów, zwłaszcza niedobranych par. Mimo zmian obyczajowych małżeństwa nadal aranżuje rodzina, a młode dziewczyny wydaje się za znacznie starszych mężczyzn.<br />
Bohaterki Chang potrafią równie mocno kochać jak nienawidzić. Angażują się w walkę polityczną, prowadzą niebezpieczne gry, uwodzą przeciwników&#8230; i wpadają we własne sidła.</p></blockquote>
<p><strong>Miłość jak pole bitwy, Eileen Chang</strong> &#8211; fragment:</p>
<blockquote><p>– Witaj, kuzynko.<br />
– Miło cię widzieć, kuzynko.<br />
Urodziły się w tym samym roku, jedna kilka miesięcy po drugiej. „Kuzynko” – tak zwracały się do siebie.<br />
– Witaj, ciotko! – rzekła córka kuzynki.<br />
– Witaj, Yuanmei – odparła z uśmiechem pani Xun.<br />
Sporo przytyła od przyjazdu do Szanghaju. Haftowane jedwabne wdzianko fałdowało się na niej, jakby jakiś wielki wąż o kolorowej łusce owinął jej się wokół pasa. Idąc ulicą, trzymała ręce z przodu i kołysała się na boki. Jeśli coś takiego nazywa się kaczym chodem, pani Xun była prawdziwą kaczką mandarynką. Jej zwinięte w lekko opadający kok włosy były kruczoczarne, podobnie jak gęste brwi nad wyrazistymi oczyma bez mongolskiej fałdy. Owalną twarz zdobił rumieniec przywodzący na myśl żółtko solonego kaczego jaja, prześwitujące przez białko.<br />
– Jak tam Shaofu? A Zuzhi i Zuiyi? Pisali coś ostatnio? – spytała pani Wu, gdy już wymieniły pozdrowienia.<br />
Państwo Xun mieli córkę i syna w Pekinie; do Szanghaju zabrali jedynie młodszego syna. Pani Xun wypytała Yuanmei o wieści od jej rodzeństwa – ci z kolei studiowali w Ameryce. Ich ojciec nie mieszkał w Szanghaju. Po wojnie, w związku z działalnością komunistów, ostrożni przedsiębiorcy przenieśli swoje interesy do Hongkongu, który rozkwitł wprost niewyobrażalnie. Należał do nich także pan Wu. Te wszystkie polityczne podziały bywały nawet korzystne dla tradycyjnie aranżowanych, często niedobranych małżeństw – podobnie jak wcześniej, w czasie wojny, istnienie Chongqingu i terenów okupowanych. Mąż pani Wu wyjechał z inną kobietą – swoją sekretarką, z którą miał syna. Pani Wu nigdy o nim nie wspominała.<br />
Zięć państwa Wu także wyjechał na specjalistyczne studia, Yuanmei zamieszkała więc z matką. Bez rodzeństwa i męża czuła się opuszczona i samotna. Ówczesna młodzież nie była zbyt gadatliwa – nie bez powodu tę awangardę lat pięćdziesiątych nazywano „milczącym pokoleniem” – toteż prócz zdawkowego „Co tam u Zifana?” pani Xun nie zadawała jej więcej pytań.<br />
Obie kuzynki zaś, ledwie usiadły, rozpoczęły ożywioną, przetykaną śmiechami rozmowę. Mówiły półgłosem, nieledwie szepcząc, tak jak przywykły w dzieciństwie. Po zamążpójściu nawyk pozostał – wokół zawsze było tylu intrygantów, gotowych roznosić plotki. Pani Wu, mimo że mieszkała we własnym, dużym domu, wciąż obawiała się, że ściany mają uszy.<br />
– Masz nową trwałą, kuzynko, jak ci ładnie! – Silny pekiński akcent pani Xun potęgował wrażenie powrotu do lat dziecinnych.<br />
– E tam, pełno siwych kosmyków, popatrz tylko&#8230; – pani Wu zachichotała wstydliwie, pochyliła głowę i przeczesała palcami krótkie loki na potylicy.<br />
– Też je mam, kochana, oj, mam!<br />
– Nic nie widać! – Pani Wu włożyła okulary i przyjrzała się uważnie pani Xun.<br />
– I ja też nic tu nie widzę!<br />
Obie kobiety zaczęły badać nawzajem swoje fryzury, jakby szukały wszy. Od czasu do czasu, gdy któraś z nich odkryła biały kosmyk, rozlegał się cichy okrzyk: „Nie ruszaj się!” – po czym znalazczyni z triumfalnym uśmiechem wyłuskiwała siwy włos spomiędzy loków przyjaciółki i wyrywała go.<br />
Pani Xun była flegmatyczna – przywykła do robienia wszystkiego bardzo powoli. Pierwotnie był to jej odruch samoobronny. Gdy wykonało się swoje domowe obowiązki zbyt szybko, zaraz dostawało się kolejne zadanie – inaczej ktoś mógłby przecież zauważyć, że siedzi bezczynnie.<br />
– Zobacz tylko, jakie rzadkie – rzekła z uśmiechem pani Wu. – Pomyśleć, że zawsze miałam ich za dużo. Miałam taki gruby warkocz i wyglądałam jak głupia. Nie pozwalali mi go ściąć, mówili, że włosy mogą od tego powypadać!<br />
Pani Wu w młodości była brzydkim kaczątkiem.<br />
Córka odziedziczyła po niej krótkowzroczność, ale nie chciała nosić okularów. W dzisiejszych czasach ludziom jest wszystko jedno, ale wtedy uważano, że do popularnych fryzur z grzywką okulary w żadnym wypadku nie pasują. A były podówczas w modzie najróżniejsze grzywki: z przedziałkiem, rozchodzące się na boki albo proste, lecz zakrywające brwi. Były też asymetryczne, opadające skosem na czoło. Małe, okrągłe okularki na nosie takiej dziarskiej panny wyglądałyby po prostu idiotycznie.<br />
– Wtedy modne było upinanie włosów w takie luźne sploty – wspominała pani Xun. – Z tymi kosmykami z przodu robiło się różne dziwne rzeczy, zakręcało się je, splatało. W domu trzeciej stryjecznej babki była służąca, która umiała świetnie czesać, raz trafiłam na nią przypadkiem i dałam sobie upiąć włosy. Akurat następnego dnia wybierałam się na wesele, więc kiedy wróciłam do domu, położyłam się spać na stole, nie do łóżka, żeby przypadkiem nie popsuć fryzury!<br />
Moda ta była skutkiem zachodnich wpływów, lecz strzyżenie i trwała ondulacja były wówczas nie do pomyślenia. Z wielki trudem upinano więc długie, proste włosy w pozawijane pukle, piętrzące się na głowie. Warkoczy ani kucyków nie ściągano ciasno, lecz pozwalano włosom opadać na szyję i zasłaniać uszy. Wśród niektórych studentek i nauczycielek akademickich moda na krótsze fryzury powoli się przyjmowała; naśladowały ją też panie z przybytków rozrywki. Obie kuzynki jednak pochodziły z konserwatywnych rodzin i takie nowości widywały tylko na obrazkach z pudełek papierosów.<br />
– Wesele&#8230; Pamiętam, jak opowiadałaś, że chciało ci się ziewać, i tak się powstrzymywałaś, że aż ci łzy poleciały. Ale ubaw! – odparła pani Wu.<br />
Yuanmei przysłuchiwała się temu wszystkiemu z uśmiechem, czując się, jakby słuchała starych legend.<br />
– Chciałabym mieć tak pięknie upięte, długie włosy – rozmarzyła się pani Wu.<br />
– Żeby nosić upięte włosy, trzeba mieć służącą, która potrafi czesać – odparła pani Xun z uśmiechem. – Jeśli będziesz próbowała sama, tylko cię ręce rozbolą od tego wykręcania i trzymania w górze. Ja mam okropny reumatyzm w ramieniu. Nadwerężyłam je dawno temu, kiedy nosiłam im pakunki – mówiąc to, jeszcze bardziej zniżyła głos, jakby obawiała się, że ktoś podsłuchuje.<br />
– Taak, „synowa pomoże dźwigać”&#8230; – rzekła pani Wu, marszcząc brwi i naśladując nonszalancki ton starej pani Xun.<br />
– Zobacz tylko. Całkiem mi opadło! – Pani Xun zwróciła się ramieniem w stronę kuzynki. – Swego czasu to się nazywało „ramiona piękności”&#8230;<br />
Barki pani Xun, niegdyś muskularne od ciężkiej pracy, teraz zbliżyły się do dawnego ideału urody – były bardzo spadziste. Z zewnątrz jednak nie dawało się zauważyć choroby. Gdy ból stawał się zbyt silny, pani Xun chodziła do masażysty.<br />
– Wszystko przez nich. – Pani Wu zrobiła pełną odrazy minę.<br />
– Taaa&#8230; ci Xunowie już tacy są. – Pani Xun spojrzała przyjaciółce w oczy z uśmiechem. Mówiła ledwo słyszalnym szeptem, jakby to był sekret, który wyjawiała jej po raz pierwszy w życiu.<br />
– Obiad też zawsze synowa. „Synowa dobrze gotuje!”, „Nie potrafisz? To się naucz”. – Znowu zniżyła głos do tajemniczego szeptu. – A jak zrobisz coś nie tak, bura!<br />
– A kiedy ciebie nie było pod ręką, to kto gotował?<br />
– Stara Li, rzecz jasna. – Uśmiech znikł z twarzy pani Xun, a jej ton stał się na powrót dźwięczny. – Służąca, bo kucharza nie mieli. Znak, że w rodzinie bieda.<br />
Chwila milczenia.<br />
Weszła pokojówka z herbatą.<br />
– Zapalisz, kuzynko?<br />
Pani Wu nie paliła. Pani Xun twierdziła, że nauczyła się palić, siedząc na nocniku. Było to po zamążpójściu i wyjeździe do Pekinu, gdzie nie miała klozetu z bieżącą wodą.<br />
– Jak ja nie cierpiałam tych ich tekowych mebli w salonie. – Pani Xun uniosła podbródek i zapaliła papierosa. – Wszystkie miały jakieś szpony&#8230; Trzeba było je polerować na błysk, jakby się froterowało buty, na kolanach, trwało to tyyyle czasu – dodała tonem marudnego dziecka, przeciągając słowa. – No i oczywiście przyszedł raz gość, a ja nie zdążyłam się schować, i zobaczył mnie, jak tak klęczałam na podłodze. – W jej głosie wyczuwało się głębokie zawstydzenie, wręcz poczucie upokorzenia.<br />
– Oj, tak, w Pekinie modne były takie meble, wszyscy mówili, że to antyki – rzekła pani Wu.<br />
– Te ich cholerne rodzinne zwyczaje!<br />
– A mnie twoja teściowa traktowała wprost fantastycznie. Kiedy przychodziłam, zawsze byłam zapraszana do twojego pokoju, a ty miałaś mnie zabawiać. Jadłam też u ciebie, tylko w twoim towarzystwie. Czasem Shaofu zaglądał na chwilę, ale zaraz wychodził, gbur jeden.<br />
Roześmiały się.<br />
W tamtych czasach pani Wu jeszcze nie była mężatką. Odwiedziła parę razy panią Xun w Pekinie, gdy pojechała tam razem ze starszym bratem i bratową. Shaofu poznała już wcześniej, gdy młodzi udali się do Szanghaju złożyć zwyczajową wizytę w domu matki żony. Był niskim i pulchnym mężczyzną o ciemnej karnacji, tępym, lecz dumnym i zapalczywym. Pani Wu do dziś nie mogła pogodzić się z tym, że jej krewną i serdeczną przyjaciółkę oddano rodzinie Xun. Pewnego razu, gdy Yuanmei pochwaliła urodę pani Xun, pani Wu oburzyła się wręcz:<br />
– Nie widziałaś jej kiedyś. Miała piękne oczy, z takim szelmowskim błyskiem. Kiedy wyszła za mąż, jej spojrzenie zgasło. Cała zgasła&#8230; – Głos pani Wu załamał się, oczy jej poczerwieniały.</p></blockquote>
<p>Chang wie, jak naturalną prostotą i kunsztem literackim oczarować czytelników.<br />
ForeWord Magazine</p>
<p>Gigantka współczesnej literatury chińskiej.<br />
The New York Times</p>
<p>Opowiadania oryginalne, zapadające głęboko w pamięć i nieporównywalne z żadnymi innymi powstałymi w ostatnich czasach.<br />
Kirkus Reviews</p>
<p>Chang kreśli podziały chińskiego świata językiem jak ostrze noża. Ukazuje rozdarcie pomiędzy tradycją, patriarchatem a nowoczesnością. Jako jedna z nielicznych potrafi spojrzeć na tę złożoną rzeczywistość z dwóch odmiennych perspektyw. Eileen Chang to upadły anioł literatury chińskiej.<br />
Ang Lee</p>
<p>Królowa krótkiej formy… W surowym i tajemniczym świecie Chang ludzie szukają miłości, często jednak brakuje im sił, by oprzeć się presji ze strony rodziny, tradycji, konwenansu.<br />
The New Yorker</p>
<p>Chang usypia uwagę spokojnymi dialogami matron grających w madżonga, by chwilę później wciągnąć w sam środek szpiegowskiej intrygi.<br />
Dziennik</p>
<p>U Chang nie ma miejsca na słodycz, głębokie spojrzenia w oczy czy nawet chwilowe szczęście. Jest za to brutalna wojenna rzeczywistość, mimo że sama wojna nie została opisana. Są też niedopowiedzenia sprawiające, że historia Yi i Jiazhi nigdy nie popada w banał.<br />
Newsweek Polska</p>
<p><a href="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/ostroznie-pozadanie111.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1336" title="ostroznie-pozadanie" src="http://blogksiazki.pl/wp-content/uploads/2008/11/ostroznie-pozadanie111.jpg" alt="" width="120" height="159" /></a><a title="Wydawnictwo WAB" href="http://blogksiazki.pl/kategoria/wydawnictwa/wab/" target="_self">Wydawnictwo WAB</a> wydało również inną książkę <strong>Eileen Chang</strong> &#8211; <strong>Ostrożnie, pożądanie</strong>.<br />
Szanghaj, lata 40. XX wieku. Japonia okupuje terytorium Chin. Pan Yi jest dygnitarzem marionetkowego rządu. Daje się uwieść pięknej studentce Jiazhi. Dziewczyna należy do podziemnej opozycji, ma za zadanie ułatwić likwidację polityka. Czy &#8211; wbrew rozsądkowi i mimo wszelkich różnic &#8211; do ich erotycznych spotkań może się wkraść uczucie?</p>
<blockquote><p>Eileen Chang to królowa krótkiej formy.<br />
&#8222;The New Yorker&#8221;</p>
<p>Żadne inne jej opowiadanie nie jest tak okrutne i tak piękne jednocześnie.<br />
Ang Lee</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/milosc-jak-pole-bitwy-eileen-chang-wab/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Castorp, Paweł Huelle</title>
		<link>http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle</link>
		<comments>http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 15 Nov 2008 02:08:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>blogksiazki</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Castorp]]></category>
		<category><![CDATA[fragment]]></category>
		<category><![CDATA[hans castorp]]></category>
		<category><![CDATA[International IMPAC Dublin Literary Award 2009]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Huelle]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>
		<category><![CDATA[słowo/obraz terytoria]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blogksiazki.pl/?p=1283</guid>
		<description><![CDATA[<p><p><a href="http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle">Castorp, Paweł Huelle</a></p><p>Castorp Pawła Huelle, nominowany do nagrody International IMPAC Dublin Literary Award 2009 to powieść-wariacja na temat Czarodziejskiej Góry, fantazja na motywach powieści Manna. Hans Castorp&#8230; <a href="http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle" class="read-more"><span>Więcej...</span></a></p></p><p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle">Castorp, Paweł Huelle</a></p><p><strong>Castorp Pawła Huelle</strong>, nominowany do nagrody <a title="International IMPAC Dublin Literary Award 2009" href="http://blogksiazki.pl/pawel-huelle-international-impac-dublin-literary-award-2009/2008/11/15/" target="_self"><strong>International IMPAC Dublin Literary Award 2009</strong></a> to powieść-wariacja na temat Czarodziejskiej Góry, fantazja na motywach powieści Manna. Hans Castorp zakochuje się w pięknej i niedostępnej Polce, co zmusza go do wielu przemyśleń egzystencjalnych. W tej części znajdziemy muzykę Schuberta (pieśń „Podróży zimowej”), która dodaje pesymistycznego tonu przeżyciom Castorpa, dla którego piękna i niedostępna Polka jest źródłem obcości wobec odmiennych kultur i języków. A wszystko to zanurzone w klimacie starego Gdańska, secesyjnego Wrzeszcza i Sopotu i okraszone zaskakującym końcem powieści&#8230;</p>
<p><strong>Castorp, Paweł Huelle &#8211; fragment:</strong></p>
<blockquote><p>Zaczęło się od drobnej sprzeczki z konduktorem już na pomoście tramwaju linii numer 2. Ten wąsaty, pachnący wilgotnym suknem i tabaką jegomość, zamiast sprzedać młodemu pasażerowi – tak jak tego zażądał – bilet do Wrzeszcza, a konkretnie do przystanku przy ulicy Kasztanowej, otóż konduktor ów zapytał, a właściwie zażądał od Castorpa, by ten wyjawił najpierw, do której strefy zamierza podróżować. Było to – prawdę mówiąc – żądanie tak nieoczekiwane, a przy tym tak głupie i bezczelne, że młody człowiek oświadczył podniesionym głosem, iż nie jest tutejszy i w związku z tym wystarczy, kiedy poda nazwę przystanku, do którego pragnie dotrzeć.</p>
<p>– Jesteś pan tego pewien? – zapytał konduktor i jak gdyby nigdy nic sprzedawał bilety następnym pasażerom, wydając im należną resztę oraz dziurkując papierowe prostokąciki według stosownych oświadczeń: „Brama Oliwska”, „dwa razy politechnika!”, „raz do zajezdni!”, co jeszcze mocniej zdenerwowało Castorpa, jako że ów, tak ostentacyjnie nieuprzejmy typ w mundurze zażądał określenia strefy tylko od niego właśnie, innych pasażerów traktując miło i usłużnie. Tramwaj zatrzymał się już kolejno na dwóch przystankach, ludzie wsiadali i wysiadali, a Castorp stał niezdecydowany z garścią fenigów w dłoni, mając w dodatku tę świadomość, że wygląda śmiesznie, jeśli zgoła nie żałośnie.<br />
– Czy w takim razie odmawia mi pan sprzedaży biletu? – zapytał wreszcie bardzo głośno, tak aby słyszano go przynajmniej w najbliższych ławkach. – Mam jechać bez opłaty?!<br />
– Przy Kasztanowej nie ma przystanku – odpowiedział równie głośno konduktor. – Skąd wiedzieć mam, gdzie zechcesz pan wysiadać?!</p>
<p>Fala gorąca uderzyła Castorpowi do głowy. Nigdy jeszcze nie padł ofiarą tak jawnej, publicznej arogancji, na którą, co gorsza, nie znajdował natychmiastowej odpowiedzi. Czyż można było bowiem potraktować tego okropnego człowieka kulturalnie? To znaczy z całą rewerencją wyjaśnić mu najpierw, że jego postępowanie jest zupełnie niewłaściwe, po czym przejść do szczegółów, tych mianowicie wynikających z listu pani Wybe, gdzie czarno na białym stwierdzono istnienie przystanku tramwajowego przy ulicy Kasztanowej? Pierwszy raz w swoim życiu Hans Castorp odczuł to, co ludzie z jego klasy nazywali w takich wypadkach koniecznością dania lekcji. Tak, należałoby w myśl owych zasad zmarszczyć surowo brwi i tonem nieznoszącym sprzeciwu powiedzieć jeszcze głośniej: – „Wasz służbowy numer poproszę! To niesłychane, chyba zamierzacie zrezygnować z posady. Jeszcze dziś złożę skargę do dyrekcji!”. Zamiast wypowiedzieć jednak cokolwiek, zrezygnowany Hans Castorp zajął najbliższe wolne miejsce i z twarzą przyklejoną do szyby śledził nieuważnie mijany szpaler wiekowych lip, za którym ciągnęła się jezdnia alei i cmentarz. Świadomość, że jedzie bez biletu, chociaż bez własnej przecież winy, ciążyła mu niewymownie. Po tym, co miało miejsce, w żadnym jednak razie nie mógł ponownie zagadnąć konduktora, byłoby to bowiem – jak mawiała jego francuska bona madame Choissel – tout a fait impossible a exprimer. Refleksji poddał wszakże jego dziwaczny akcent: w niczym nie przypominał on dialektu platt, którym dziadek Castorpa, senator Tomasz, porozumiewał się dla żartu ze służącym Józefem.<br />
W niczym też nie był podobny do owych dziwolągowatych głosek z Południa, które – jako mały chłopiec – słyszał czasem w hamburskim kantorze ojca, gdy nawiedzali go w interesach jacyś przedsiębiorcy z Bawarii. Akcent konduktora należał do zupełnie innej, jak gdyby osobnej kategorii, która naszemu bohaterowi wydała się w chwili obecnej czymś wyjątkowo odpychającym, bo równocześnie i obcym, i nieprzyjaznym. Na dodatek, gdzieś w zakamarkach pamięci Castorpa zadźwięczała biblijna fraza, czytana dawno temu, prawdopodobnie podczas jednej z domowych, przedkonfirmacyjnych repetycji. Zdanie to brzmiało: – „Nie lekceważ jego mowy”, lecz z której księgi mogło pochodzić: czy powinien był je potraktować jako komentarz do sytuacji w tramwaju – na te pytania nie znajdował odpowiedzi. Skołatany tym wszystkim, niemal bezwiednie zarejestrował wzrokiem mijany właśnie gmach politechniki. Zapewne, gdyby budynek ten wyłonił się przed nim tak jak parę godzin wcześniej miasto, trafiając w euforyczny nastrój przybysza, doceniłby jego subtelne, przemyślane piękno, polegające na złączeniu w jedno wieków miejscowej tradycji z ideą nowoczesną. Żaden jednak z maswerków i ani jedna attyka nie oczarowały Castorpa. Pomyślał tylko: – „I to ma być moja szkoła, coś takiego…”. Czuł przy tym rodzaj wewnętrznego zawstydzenia, zupełnie tak, jakby wypadało mu głośno przyznać rację wujowi Tienappelowi, czemu przeciwstawiało się, rzecz jasna, jego obecne, godne pożałowania położenie. Być może w tym stanie amoku dojechałby do końcowego przystanku przy zajezdni, gdyby nie młoda panna w szykownym kapeluszu, która, przechyliwszy się przez poręcz oparcia, powiedziała zupełnie miłym głosem:<br />
– Zaraz będzie przystanek przy Klonowej, proszę pana. Wylot ulicy Kasztanowej jest o tam, po drugiej stronie torów.</p>
<p>Wybąknąwszy ledwie słyszalne „dziękuję”, Castorp opuścił przedni pomost tramwajowego wozu. Wydawało mu się, że oczy wszystkich pasażerów skierowane są właśnie na niego. Przeciął wybrukowany trakt i bez trudu odnalazł narożną, pachnącą świeżym jeszcze tynkiem, obszerną kamienicę. Pokaźne okna wszystkich kondygnacji, rozłożyste balkony parteru i ogromne loggie na wyższych piętrach, które w skwarne dni lata dają mieszkańcom ów niebywały komfort zażywania wywczasu bez konieczności opuszczania domu – wszystko to zrobiło na młodym człowieku jak najlepsze wrażenie. Incydent z konduktorem nie został wprawdzie zapomniany, lecz jego znaczenie osłabło wobec kolejnej, zupełnie nowej sytuacji. Wchodząc po szerokich, przykrytych brązowym chodnikiem stopniach klatki schodowej, Castorp zatrzymał się na półpiętrze w miejscu, gdzie duże lustro obramowane sztukaterią schwytało jego sylwetkę jak w foyer teatru. Niemal odruchowo poprawił dłonią przedziałek, a następnie manszet kołnierzyka. Był to dla niego moment wysoce osobliwy. Uświadomił sobie nagle z całą bezwzględnością rzecz oczywistą, do której wcześniej nie przywiązywał jednak należytej wagi. Oto, po raz pierwszy zamieszka u zupełnie nieznanych sobie ludzi. Nie w hotelu ani pensjonacie, gdzie za opłatą otrzymuje się usługę razem z namiastką własnego locum, lecz w środku cudzego życia, odmierzanego całą gamą obcych odgłosów i zapachów. I jakkolwiek nie było w tym spostrzeżeniu żadnej konkretnej obawy – na przykład co do tego, jak też przechodzić będzie po kąpieli z łazienki do pokoju – sam fakt tak bliskiej, obcej, ba! nieustannej przecież fizyczności ludzi, z którymi nic wiązać go nie miało, nagle wydał się Castorpowi czymś niesłychanie trudnym, by nie powiedzieć: niemożliwym do spełnienia. Z nieco cięższym sercem postąpił jeszcze pół piętra w górę, by wreszcie nacisnąć porcelitowy guzik elektrycznego dzwonka, który w tamtych czasach, w prowincjonalnym mieście, musiał być znakiem nowoczesnej zamożności.</p>
<p>– Pan do kogo? – usłyszał przytłumiony głos dziewczyny przez szparę uchylonych drzwi. – Pani nie ma, nic nie kupujemy, proszę odejść!<br />
– Jestem Hans Castorp – zdążył powiedzieć. – Korespondowałem z panią Wybe w sprawie pokoju na stancję! Przysłano tu mój bagaż! Ostatnie zdanie Castorp wypowiedział z konieczności podniesionym głosem, ponieważ zwracał się do zamkniętych drzwi. Uznając swoje zachowanie za całkowicie nienaganne, nacisnął porcelitowy dzwonek raz jeszcze, dłużej niż poprzednim razem. I również dłużej niż poprzednim razem czekał na służącą.<br />
– Ja nic nie wiem – tym razem przyjrzała mu się dokładniej. – Pani nie zawsze mówi mi o wszystkich sprawach. Bagaż? Niczego, proszę pana, nie dowieźli, a może…</p>
<p>– Jak to? – wpadł jej w słowo. – Przecież dokładnie podałem adres. Kasztanowa 1, pierwsze piętro od frontu, wdowa po poruczniku cesarskich huzarów, pani Hildegarda Wybe. Zgadza się?<br />
Służąca skinęła głową, ale nic z tego nie wynikało.</p>
<p>– Twoja pani zamierza wynająć umeblowany pokój, a ty nic o tym nie wiesz? Nie poleciła przygotować łóżka? Zetrzeć kurzów? Wstawić kwiaty do wazonu?</p>
<p>Mina dziewczyny zdradzała wprawdzie pewne zakłopotanie, lecz jej milczenie niczego nie rozwiązywało. Wreszcie zniecierpliwiony Castorp zapytał, o której niezawodnie zastanie panią Wybe, ponieważ niezależnie od zaistniałej sytuacji musi się z nią rozmówić.<br />
– Niezawodnie? – służącą rozbawiło użyte przez młodego pana słowo i omal nie parsknęła śmiechem, kiedy je powtarzała. – A bo ja wiem, może za godzinę albo za dwie. Pani nie mówi, kiedy wraca z miasta. Obiad zawsze na trzecią.</p>
<p>Młody człowiek grzecznie skłonił głowę i wybijając palcami marszowy rytm na rzeźbionym fryzie poręczy, zbiegł po schodach do wyjścia. Tu jednak, ujrzawszy kątem oka stróża zamiatającego zeschłe liście, zatrzymał się na moment i pomyślał, że właściwie nie ma dokąd iść. Ulica Kasztanowa była ostatnią, jak się zdawało, zabudowaną częścią miasta. Za kamienicą rozciągały się bliżej nieokreślone składy, kilka fabrycznych szop, dalej ogrody i wreszcie pola, wśród których znikająca linia tramwajowa robiła szczególne, bo całkiem nierealne wrażenie. Castorp przypomniał sobie wprawdzie, że jadąc przez środek Wrzeszcza, zauważył – prócz kilku sklepów – markizę nad ogródkiem jakiejś jednej kawiarni, lecz chyba było to daleko, a na samą myśl o ponownej jeździe tutejszym tramwajem opanowało go zrozumiałe wzburzenie. Chcąc nie chcąc, ruszył po prostu przed siebie i po kilku minutach, przekroczywszy kładkę nad bystrym potokiem, znalazł się przed ceglanym murem koszar, w których niewątpliwie służyć musiał świętej pamięci porucznik Wybe. Idąc dalej, Castorp dotarł do rozległego błonia, gdzie właśnie odbywały się ćwiczenia, a raczej – przygotowanie do parady. Pułkowa orkiestra grała raźnie marsz Preussen Gloria, głosy puzonów, trąbek, werbli i czyneli niosły się w październikowym powietrzu daleko, a szwadron huzarskich rekrutów, odzianych w polowe, szare stroje, trenował jazdę pod muzykę, zmieniając nieustannie szyk. Nie szło to jak trzeba i Castorp, który zwolnił teraz nieco kroku, co chwila słyszał wrzaski feldfebla: „Jesteście bandą świń?!! Tłuste knury, skończycie w rzeźni, jeszcze raz linia, wróć!!”. Po tej komendzie orkiestra urywała melodię w pół taktu, by zacząć ją znów, gdy oddział po przegrupowaniu ustawił się w pozycji. Kiedy po raz kolejny ruszyli stępa, koń pod jednym z jeźdźców poniósł i huzar wysadzony z siodła runął na ziemię. Gdy wstawał wolno, potłuczony, rozcierając obolałe kolano, przyskoczył do niego feldfebel.</p>
<p>– Habacht – ryknął – źle podwiązany popręg?!!<br />
Stojący na baczność rekrut skinął w odpowiedzi głową, chciał jednak dodać coś od siebie, zapewne jako usprawiedliwienie, gdy wtem feldfebel, tknąwszy go szpicrutą prosto przez twarz, zaczął udzielać lekcji.</p>
<p>– Popręg – recytował głośno, wybijając rzemieniem każdą sylabę na twarzy nieszczęsnego – sprawdzamy przed upadkiem! A po upadku, zanim rozetrzesz dupę, najpierw masz schwytać konia! Powtórzyć!</p>
<p>Rekrut usiłował spełnić rozkaz, lecz wypowiadanie słów w wyprężonej na baczność postawie, kiedy po każdym otwarciu ust otrzymywał palące chlaśnięcie w twarz, okazało się przewyższać jego wytrzymałość. Odstąpił od oprawcy dwa kroki i zasłonił mocno już zakrwawioną głowę dłońmi, co jeszcze mocniej rozsierdziło feldfebla.</p>
<p>– Czy dałem spocznij?!! – przyskoczył do chłopaka. – Czy pozwoliłem ci odstąpić choćby na centymetr? Mówiąc to, chłostał go gdzie popadnie, podczas gdy cały szwadron przyglądał się temu w milczeniu.</p>
<p>– Niezła szkoła – usłyszał Castorp tuż za swoimi plecami. – Nie dla takich paniczów służba, co?!</p>
<p>Krępy rudzielec, który wypowiedział te słowa pod adresem naszego bohatera, wyglądał na rozbawionego. Pojawiwszy się na chodniku nie wiadomo skąd, miał najwyraźniej zamiar rozwinąć konwersację, gdyż dodał zaraz: – W tym pułku nikt nie ma prawa spadać z siodła, uważasz pan? To tak, jakby frejlina przedstawiana u dworu puściła sążnistego bąka!</p>
<p>– W takim razie – odparł natychmiast Castorp – i ją zdzielimy prosto w twarz, nieprawdaż? Powiedziawszy to, odwrócił się od rudzielca i szybkim krokiem oddalił się od placu, na którym znów zagrały trąbki. Gardłowy śmiech nieznajomego był okropny. Castorpowi wydawało się, że słyszy go jeszcze przez dobre pięćdziesiąt metrów. Maszerując bez żadnego planu, nie mógł pozbyć się wrażenia, że już kiedyś spotkał tę nalaną, nikczemną fizjonomię. Czy było to podczas jednej z wizyt w hamburskich dokach? A może na wakacjach w Travemunde, gdzie podobne typy z niższego stanu mieszczańskiego zdarzało się napotkać, mijając tani zajazd? Nie wiedzieć czemu, nieznajomy sprawiał wrażenie cudzoziemca, choć żaden szczegół jego wysłużonej, z lekka już staroświeckiej garderoby ani tym bardziej akcent – nie uprawniały do takiego wniosku.</p>
<p>***</p>
<p>Stowarzyszenie Miłośników Kultury Antycznej &#8222;Omphalos&#8221;, o którym Hans Castorp słyszał zaledwie, że istnieje, miało tego wieczoru swoje noworoczne posiedzenie. Parę godzin później spotkali się przed Dworcem Głównym, skąd wzięli dorożkę. Bardziej wprawdzie pasowałyby do zimowej aury sanie, ale na szczęście główne ulice zostały już odśnieżone i pojazd, choć nie bez pewnej trudności, skierował się ku Nowym Ogrodom, gdzie pod numerem osiemnastym mieściła się siedziba masońskiej loży &#8222;Pod Koronowanym Lwem&#8221;. Wyszli z niej dwaj panowie Haacke &#8211; Leopold oraz Ludwik &#8211; bliźniacy podobni do siebie tak bardzo, że Castorp, już po przedstawieniu dokonanym przez Mikołaja, nie mógł powstrzymać się od spoglądania to na jednego, to na drugiego, w nadziei, że odnajdzie jednak jakieś różnice w ich wyglądzie. Było to wszakże niemożliwe, podobnie jak uzyskanie odpowiedzi na nierozważną skądinąd kwestię Castorpa, dokąd właściwie się udają? Na szczęście Mikołaj von Kotwitz zażegnał nieporozumienie.</p>
<p>- Mój przyjaciel &#8211; wyjaśnił panom Haacke &#8211; nie jest wścibski. Po prostu nie zdążyłem mu powiedzieć, że dyskrecja jest niezbędnym warunkiem naszych spotkań.</p>
<p>Na Długim Targu, przy postoju obok studni Neptuna, zmienili dorożkę. Dopiero wówczas Hans Castorp zorientował się, że Mikołaj również nie zna adresu, pod który się udają. Jeden z panów Haacke, wychylając się co jakiś czas z zaciągniętej budy, dawał wskazówki woźnicy. Przemknęli przez Zielony Most, minęli szybko Mleczne Stągwie i po krótkiej jeździe Długimi Ogrodami, jeszcze przed dawnym pałacem Mniszchów, skręcili w lewo, do starej dzielnicy portowej. Było już ciemno. W kopnym śniegu dorożka jechała coraz wolniej, mijając milczące spichrze, zaryglowane magazyny i pustawe o tej porze roku składy drewna. Ostatnie pięćset metrów po odprawieniu fiakra przeszli pieszo. Kiedy po chwili zniknęła z oczu wątła latarnia dryndy, przyświecały im już tylko gwiazdy.</p>
<p>- Pan nawet nie może zdawać sobie sprawy, doktorze &#8211; ciągnął Hans Castorp &#8211; jakie to było zaskoczenie. Zobaczyć oświetlony i pełen gości dom, na tym pustkowiu, nagle, gdy wyszliśmy z wąwozu ścian jakichś nieczynnych magazynów. Którędy ci ludzie tam dotarli, skoro nasza droga nie była wcale przetarta? Nie widziałem żadnych pojazdów przed ogromnymi drzwiami, których pilnowało dwóch barczystych fagasów. Panowie Haacke i Haacke podali hasło, pamiętam je dokładnie, brzmiało &#8222;Tauromachia&#8221;, i weszliśmy do środka. Byłem rozbawiony, wyglądało to na teatr, karnawałową maskaradę, na szczęście bez obowiązku zmiany stroju, to znaczy przebierał się, kto chciał, w wyposażonej doskonale garderobie.</p>
<p>Ponieważ doktor Ankewitz, nie wypowiadając wprawdzie słowa, zadał jednak pytanie, unosząc wysoko brwi i spoglądając uważnie na Castorpa, ten złożył dokładne wyjaśnienie, że mógł się przebrać za rzymskiego legionistę, fauna, galijskiego niewolnika, leśną nimfę, filozofa, koryncką prostytutkę dowolnej płci, greckiego kupca, adonisa, syryjskiego rybaka, kitarzystę lub konkretnego herosa, takiego jak Herkules, Jazon czy Tezeusz. Młoda kobieta w skąpym odzieniu służącego chłopca włożyła mu na głowę wieniec i na tym jego przeistoczenie się skończyło, jednakże nie ciekawość doktora Ankewitza. W istocie, sucha i pozbawiona emocji relacja powodowała, że słuchający zapomniał całkiem o notesie, cygarze i koniaku, co chwila mrużąc ze zdumienia oczy i pocierając nerwowo dłonią raz lewy, to znowu prawy policzek.</p>
<p>Zimnym, niemal analitycznym spojrzeniem, przechodząc z sali do sali, Hans Castorp śledził sceny pieszczot, zalotów i wyuzdanych aktów, których zasadą było spełniać się jawnie, bez najmniejszego wstydu i osłony. Służyły temu porozstawiane na obu piętrach, we wszystkich salach, kanapy, kozetki i szezlongi. Zapach palonych ziół, światło lampionów i muzyka wykonywana przez kilka grup flecistów i flecistek tworzyły zupełnie inną atmosferę niż ta, którą pamiętał z domu publicznego w Hamburgu, odwiedzonego wraz z kolegami po maturze. Tam strefy podniecenia oraz wyładowania żądzy były od siebie ściśle oddzielone: w sali ogólnej, gdzie wybierano sobie prostytutkę, wszystko służyło powiększeniu ekscytacji, jak gdyby było to przeżycie o indukcyjnej mocy wzajemnego sumowania, natomiast ujście nagromadzonych soków, ów krótki, spazmatyczny akt, odbywało się niejako wstydliwie i ukradkiem, w ciasnym, upiornie oświetlonym numerze, pachnącym pudrem, tanimi perfumami i potem poprzedników. Tu natomiast podniecenie i spełnienie odgrywały o wiele bardziej dialektyczną rolę, ponieważ zostały ze sobą naocznie powiązane, i Castorp, którego pruderyjność narażona była na istotny szwank, zadrżał dopiero wówczas, kiedy zdał sobie sprawę z tej zasady. Prawdziwe podniecenie brało się bowiem z podglądania i świadomości, że w każdej chwili można barierę tę przekroczyć, aby samemu być obserwowanym.</p>
<p>Widział bachantki, efebów, kozła, nimfy, panów i niewolników, bogów, ludzi &#8211; wszystko tak przemieszane, jak gdyby niebo rzeczywiście złączyło się z podziemiem, nigdzie jednak nie spotkał Mikołaja von Kotwitza, który zniknął mu z oczu zaraz na początku, gdy przechodzili przez garderobę. Dopiero gdy zszedł z powrotem na parter i zatrzymał się przy buzującym kominku, gdzie półnagi filozof w podartej todze i z doprawioną brodą dosypywał wszystkim chętnym do wina jasnego proszku ze złotej puszeczki, mieszając następnie napój gałązką podobną do wiciokrzewu &#8211; rozpoznał w nim kolegę. Odkrycie to rozbawiło Castorpa do tego stopnia, że nie mógł powstrzymać się od głośnego śmiechu.</p>
<p>- Jak to &#8211; zapytał, wypijając napój &#8211; i tylko w ten niewinny sposób tu się bawisz? Mam w to uwierzyć?</p>
<p>Mikołaj Cynik, choć równie dobrze można było go wziąć za Sokratesa, dosypał Castorpowi jeszcze jedną dawkę opium, sam wypił ze swojego kielicha porządny łyk, po czym odparł: &#8211; Każdy ma swoje przyjemności. No, a ty? Przecież jest byczo, czyż nie?</p>
<p>Castorp wzruszył ramionami. Zbyt dużo ludzi podchodziło do Mikołaja, który rozdzielał ciało sproszkowanego boga, by zwierzać mu się z czegokolwiek, a zwłaszcza z pragnień, które pęczniały pod maską chłodnej obserwacji. Castorp krążył jeszcze przez jakiś czas, przyglądając się z daleka grającym w kości legionistom, potem rzymskiej matronie, chodził za nią nieustannie młodzik przebrany za westalkę, aż wreszcie obserwator nasz osunął się na kanapę, z której przed chwilą odpłynęło dwóch efebów.</p>
<p>- Czy mam rozumieć &#8211; doktor Ankewitz mówił nieco schrypniętym głosem &#8211; że nie skorzystał pan przez cały wieczór z tej atmosfery rozwiązłości? I czy przyjmował pan jeszcze jakieś dawki opium?</p>
<p>- Nie wiem, jak o tym opowiedzieć &#8211; Hans Castorp spojrzał uważnie na doktora. &#8211; Musi pan jednak przyjąć hipotezę, że nie widziałem ducha ani jej sobowtóra. To była ona, Rosjanka z hotelu Werminghoff. Przeszła obok mnie tak blisko, że poczułem zapach jej perfum, ten sam, nie miałem wątpliwości, piżmowy przemieszany z fiołkiem&#8230;</p>
<p>Widział, jak wstępuje wolno po schodach, dopiero wtedy uniósł się z kanapy i ruszył za nią na piętro. Zapewne mógłby się pomylić, gdyby miała na sobie jakiś antyczny strój, ale nieznajoma nie gustowała widać w tego rodzaju maskaradach, skoro ujrzał ją w zwykłej, popołudniowej błękitnej sukni. Szukał jej wszędzie, chodził wolno od jednej grupki do drugiej, zbliżał się do półnagich ciał, drzemiących lub właśnie rozbawionych. Do domu przybywały tymczasem nowe tłumy gości, robiło się gorąco i bardzo głośno, lecz nigdzie jej nie spotkał, ulotniła się jak kamfora, a przecież nie mógł się pomylić: to była najwyraźniej ona. Krążył więc niespokojnie pomiędzy piętrem a parterem, zaglądał do garderoby, wypytywał Kotwitza, ale ten tylko go poklepał i podsypał do kielicha proszku. Dwukrotnie w czasie tych poszukiwań Hans Castorp poddał się atmosferze powszechnej lubieżności: raz, przygarnięty niemalże siłą przez atletyczne ramię Hery, wymienił z nią długi, głęboki pocałunek. Pod grubą warstwą pudru na policzku bogini wyczuł zarost. Za drugim razem, ściśnięty w tłumie przechodzących gości, stał, obejmując coraz mocniej ślicznego efeba. Była to drobna, zwinna dziewczyna, przebrana za posłańca. A nieznajomej już nie spotkał. Wychodząc nad ranem, w nie swoim kapeluszu, bez zgubionych rękawiczek, miał w głowie straszną pustkę. Nie znał drogi i kluczył pośród portowych magazynów, w głębokim śniegu, wdychając z rozkoszą ostre, mroźne powietrze. Nagle zauważył, że nie jest już na stałym lądzie. Maszerował zamarzniętym portowym kanałem, który doprowadził go do Motławy. I właśnie tam, na samym środku skutej lodem rzeki, mając po jednej stronie ceglane mury miasta, po drugiej spichrze i magazyny, ujrzał wschodzącą kulę słońca. Spod zmrużonych powiek widział w śmiertelnej ciszy, jak kula rozdziela się na trzy części i już nie jedno, ale trzy identyczne słońca oświetlają wielką białą płaszczyznę, po której maszeruje. Trwało to ledwie chwilę. Potem nadciągnęły szare, ciężkie jak ołów chmury i sypnął gęsty śnieg. Nigdy jeszcze, nawet w dniu pogrzebu matki, a potem ojca, nie czuł się tak nieszczęśliwy. Ponure nabrzeża, z których wyrastały zamarznięte kadłuby barek i holowników, przypominały teraz pustynne wzgórza: za nimi rozciągała się nicość. Nigdzie, nawet pomiędzy stłoczonymi sterczynami kościelnych wież, nie widział choćby najcieńszej struny wyczekiwanego światła. Jedyne, czego naprawdę pragnął, to ułożyć się na środku tej zamarzniętej rzeki i zasnąć już na zawsze. Sam nie wiedział, jak to się stało, że dotarł jednak do nabrzeża w okolicy Zielonej Bramy, a stamtąd, niemal nadludzkim wysiłkiem, do tramwaju.</p>
<p>Potem nastały okropne dni. Zapadał się w głąb siebie jak w studnię bez dna, nie znajdując żadnego oparcia. Długie okresy bezsenności wyczerpywały go do tego stopnia, że nie miał siły wyjeżdżać na zajęcia. Nie jadał w związku z tym obiadów, tylko śniadania i kolacje. Czasami, kiedy udało mu się jednak zasnąć, prześladowały go obrazy, w których nieznajoma, wyuzdana i bezwstydna, dręczyła go na sopockiej plaży albo w pokoju hotelu Werminghoff. Czasami zmieniała się w efeba, czasami przywdziewała mundur tutejszego regimentu. Najgorsze jednak były takie noce, kiedy leżąc z oczami utkwionymi w sufit, słyszał jak po mieszkaniu pani Wybe, tam i z powrotem, chodzi ktoś w wojskowych butach, brzękając ostrogami. Wtedy przypominał sobie twarz rudzielca spod koszar, samotnego pasażera w tramwaju i portret pana porucznika, które zlewały się w jedną, odpychającą fizjonomię. Nie zapisał się na żaden egzamin. Nie odpisał na list Joachima ani wuja Tienappela. Nie wysyłał już pannie Schalleen brudnej bielizny, a zapas czystej topniał z dnia na dzień. Któregoś razu, gdy zmusił się do wyjścia z domu, ujrzał z przystanku tablicę doktora Petera Ankewitza na rogu budynku przy Klonowej: &#8222;Schorzenia nerwów, bezsenność, konsultacje&#8221;. Pomyślał, że to szczęśliwa okoliczność: skoro już upadł aż tak nisko, że zaniedbuje codzienne obowiązki, powinien skorzystać z nadarzającej się okazji.</p>
<p>- To już wszystko &#8211; Hans Castorp zakończył swą opowieść. &#8211; Teraz zapisze mi pan krople albo proszki?</p>
<p>***</p>
<p>W następujących po sobie szybko dniach września, kiedy na Esplanadzie pojawiły się już dojrzałe kasztany, a nad dachami Giełdy i Domu Hanzy prawdziwie jesienne cumulusy, zajęty przygotowaniami do podróży Hans Castorp nie miał czasu wracać myślami do tej rozmowy, choć zdawał sobie doskonale sprawę, jak niezwykły stanowiła wyłom w domowych obyczajach konsula Tienappla. Korespondencja z panią Wybe, u której wynająć zamierzał stancję, kompletowanie zapasu bielizny w najlepszych magazynach, uzupełnianie garderoby, z czym wiązały się dwukrotne nieraz w ciągu dnia wizyty u krawca, czy wreszcie lokata części swoich rachunków w wybranym z rozwagą i namysłem Banku Zbożowym w Gdańsku, a także sporządzenie listy niezbędnych przyborów toaletowych, których nie powinno mu zabraknąć w dalekim mieście – wszystko to zaprzątało Hansa Castorpa bez reszty.</p>
<p>Miał także pewien dylemat, o którym powiedzieć możemy wyrozumiale, iż był młodzieńczy i w dużym stopniu związany z trzeźwą, acz niepozbawioną sentymentu uczuciowością. Jaką mianowicie drogą winien odbyć tę podróż? Przyszły budowniczy okrętów zrazu nie miał wątpliwości, że najbardziej stosowny byłby w tych okolicznościach statek, najlepiej handlowy, z kilkoma kajutami przeznaczonymi dla pasażerów. Z drugiej jednak strony, gdy myślał o połączeniach kolejowych i z uwagą studiował rozkłady jazdy, nie mógł nie oddać się pewnemu wspomnieniu, które niespodziewanie powracało do niego, pochylonego nad mapą, kilka kwadransów przed zaśnięciem: Ojciec i matka stali na oświetlonym rzęsiście gazowymi lampami peronie berlińskiego dworca, przy którym czekał już pociąg do bałtyckiego kurortu. Dzień spędzony w stolicy pełen był słońca, dźwięków wojskowej orkiestry, bąbelków lemoniady, zgrzytu hotelowej windy i rozgwaru rozmów, które ojciec toczył z kilkoma poważnymi kupcami na tarasie kawiarni. Hans Castorp nigdy nie miał się dowiedzieć, czy jechali wówczas przez Berlin z powodu interesów hamburskiej firmy ojca, czy też dla zasięgnięcia konsultacji u światowej sławy lekarza, profesora Landaua, który zapisał matce jakieś egzotyczne krople. Drobne wątpliwości blakły jednak zawsze wobec siły wspomnienia tamtej podróży. Sypialny przedział, oblany nikłym światłem elektrycznej lampki, jak tajemniczy kufer przesuwał się przez noc. To z niej wyłaniały się obrazy zapamiętane już na zawsze: okna śródmiejskich kamienic, w których sylwetki ludzkie przypominały wycięte z czarnego papieru figurki, puste perony prowincjonalnych stacji, samotne domki dróżników czy wreszcie welon porannej mgły, przechodzący za każdym razem we wspomnieniu w oślepiającą biel piaszczystych wydm, pośród których spędził wówczas mały Castorp kilkanaście najszczęśliwszych dni lata.<br />
Wybór nie był więc łatwy: za podróżą statkiem przemawiało bliżej nieokreślone poczucie zawodowego obowiązku, kolej natomiast oferowała przyszłemu budowniczemu okrętów z góry określona przyjemność zanurzenia się w czasie przeszłym dokonanym. Ostatecznie wybrał tę pierwszą możliwość i zaopatrzywszy się w bilet Północnoniemieckiego Towarzystwa Żeglugowego Lloyda, dwudziestego ósmego września przekroczył trap „Merkurego”, który napędzany nowoczesną machiną parową, obrał kurs na Gdańsk, prując siwe fale morza z prędkością jedenastu węzłów. Kiedy za rufą drobnicową zniknęły ostatni dźwigi hamburskiego portu, wsparty o reling pasażer Hans Castorop odczuł nieznany mu dotąd rodzaj wzruszenia. Po raz pierwszy opuszczał swoje rodzinne miasto nie dla zimowej czy letniej kanikuły, ale po to, by zmienić bieg życia. Myślał o tym, patrząc, jak potężna siła obrotowej śruby wyrzuca nieustannie spienioną, ciemną masę wody. Wzburzony kilwater ciągnął się za rufą „Merkurego” wiele dziesiątków metrów i wreszcie znikał gdzieś daleko, wchłonięty przez żywioł.<br />
Była w tej ruchliwości jakaś niepokojąca stałość, bezruch osiągnięty najwyższym natężeniem zmiany; ostatecznie pół mili za statkiem woda wyglądała tak, jakby nie przeorały jej przed chwilą setki ton stali, uformowane przez człowieka. Spostrzeżenie to, jakkolwiek oczywiste, zafrasowało Hansa Castorpa. Czyż nie podobnie mają się sprawy ludzkie? Nieustanny ruch zamiera nagle bez śladu w nieokreślonym punkcie horyzontu i to wszystko. Pastorzy mówią wprawdzie w takich chwilach o wieczności, filozofowie o pamięci, rodziny stawiają nagrobki i wspominają zmarłych, wszystko to jednak służy pragmatycznie żywym i nie zmienia postaci rzeczy; odchodzimy bez śladu, bezpowrotnie. Rozmyślając w ten sposób, młody podróżny wsparty o reling liniowego parowca odkrył nie bez pewnego zaskoczenia, że owa ciemna, pesymistyczna tonacja, która nigdy jeszcze nie zagościła w jego duszy na dobre, teraz manifestuje swoją ugruntowaną tam obecność. Przypominało to muzyczny motyw w tonacji moll nieznanego autorstwa, odbity echem nie wiadomo skąd, powracał jak fala. Przy tym wszystkim Castorp odkrył coś jeszcze: znajdował mianowicie pewien rodzaj przyjemności, aby motywu tego od siebie nie oddalać; przeciwnie – wsłuchiwał się weń z upodobaniem.<br />
- Proszę założyć pelerynę! – tubalny głos spadł na młodego pasażera z łoskotem większym niż huk fali. – Tych małych kropelek nie widać ani nie czuć, ale za chwilę przemoczą pana do bielizny i zapalenie płuc gotowe. A my tutaj nie zajmujemy się leczeniem.<br />
Zdumienie widoczne na twarzy Castorpa musiało być istotnie głębokie, skoro dziobatą twarz bosmana rozjaśnił przelotny uśmiech, z którym dodał rzeczowo:<br />
- Peleryny dla pasażerów są wydawane przy oficerskiej mesie, nie powiedziano panu o tym? No tak, nie mamy specjalnego oficera, żeby tu państwem się zajmował.<br />
Powiedziawszy to, marynarz obrócił się na pięcie i nie dając podróżnemu najmniejszej szansy na zdawkową choćby odpowiedź, ruszył na lewą burtę, przeskakując swobodnie liny zwinięte pod kabestanem.</p></blockquote>
<p><a href="http://blogksiazki.pl">blogksiazki.pl - nasz blog o książkach</a></p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blogksiazki.pl/castorp-pawel-huelle/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

